— Miałem je wczoraj obiecane — usprawiedliwiał się bardzo zimno, bowiem wydała mu się wroga i postanowił się bronić.

Usiedli pod olbrzymim złomem, pokrytym hieroglifami.

— Tak, masz prawo żądać... Powiem ci wszystko... Pytaj... — Jej głos się przełzawił i twarz omroczała bolesnym smutkiem; nie zważając na to, zatopił w niej drapieżne, nielitościwe źrenice.

— Dlaczego wtedy... Tej nocy... — nie potrafił skończyć pytania.

— To twoja córka! — odpowiedziała nieulękle i szczerze.

Odsunął się gwałtownie i w najgłębszym zdumieniu, prawie z przestrachem, nie mogąc przez długą chwilę przemówić.

— Wandzia... Moja córka... Wandzia...

— Twoja. Masz wyjaśnienie...

— To wyjaśnia jeden fakt, ale nie wszystko! Błądzę w ciemnościach i nie mogę nic zrozumieć! Wandzia, moja córka! Ale dlaczego później byłaś taka obojętna? Dlaczego pozwoliłaś na moją mękę? Dlaczego zmusiłaś mnie do ucieczki? Dlaczego? — rzucał pytania niby kamienie miażdżące, a tak zapamiętale i mściwie, aż spojrzała na niego błagalnie.

— Powiem ci wszystko... Szczerze, niczego nie ukrywając. Niech się stanie, co się ma stać... Zbierałam odwagę na tę chwilę, a teraz... Boże, jakże mi ciężko! Ty nie masz pojęcia, jak może pragnąć dziecka kobieta samotna, taka panna-mężatka, jaką ja byłam. A ty byłeś moim ideałem człowieka, wiedziałam, że mnie kochasz, i czułam, że na każde moje skinienie... Ale czyż mogłam powiedzieć, czego pragnę od ciebie? Z całą szczerością mówię ci w tej chwili, że wtedy nie ciebie, nie twoich uniesień ni nawet własnego szczęścia było mi potrzeba. Pragnęłam całą siłą nieprzepartego instynktu macierzyństwa i nie mogłam się odważyć... Musiałam przezwyciężyć w sobie wszystkie wstydliwości kobiece, zakorzenione od wieków, całą moją naturę. Całe miesiące trwała ta męka. Nie domyślałeś się nawet, co się we mnie dzieje... Czekałam jakiegoś cudu; a że cud nie nastawał... Odważyłam się wreszcie tej nocy... Masz całą prawdę. Nie wstydzę się tego, bo jestem matką twojego dziecka.