Miss16 Daisy przeszła, witając go skinieniem głowy, jak zwykle uprzejmym i nieco wyniosłym; mały groom17 szedł za nią z wielkim pudłem w ręku.
Stał chwilę z przymkniętymi oczami, pewny, że to przywidzenie lub halucynacja. Bo i jakże? Przed chwilą zostawił ją tam uśpioną, w pokoju seansowym; widział na własne oczy, pamięta... A ona teraz tutaj, ubrana do wyjścia, idąca z przeciwnej strony...
Nie, to halucynacja.
Otworzył naraz oczy. Miss Daisy była już na końcu korytarza i skręcała właśnie na schody wejściowe...
Nadludzkim skokiem był już tam i wsparty o balustradę, patrzył, jak schodziła na dół szerokimi schodami.
Schodziła wolno, tren sukni ciągnął się za nią po szerokich, marmurowych stopniach. Rezedowo-rdzawy płaszcz, obramowany futrem, otulał jej postać wyniosłą, jasne włosy wymykały się wzburzonymi falami spod wielkiego, czarnego kapelusza. Widział te szczegóły dokładnie, słyszał każde jej stąpnięcie. Czuł ruch jej każdy.
A na skręcie do przedsionka odwróciła głowę. Oczy się ich skrzyżowały błyskawicami, zderzyły i rozbiegły, tak że cofnął się bezwiednie w cień. Ale słyszał jej głos... Szczęk drzwi... Kroki na posadzce przedsionka... Głuchy tupot koni na asfalcie podjazdu... Śliski szmer odjeżdżającego powozu...
— Kto tu wyjeżdżał? — zapytał po chwili odźwiernego.
— Miss Daisy!
Już nic nie odrzekł, bo mu się zdało naraz, że go ogarnęła ciężka, niezwalczona senność. Powrócił na pierwsze piętro i machinalnie odnalazł swoje mieszkanie. Długo krążył po nim, potrącając o sprzęty i meble, długo błądził po omacku, nie wiedząc, co począć, co się z nim stało, gdzie jest!