— Jest „mistrzynią doskonałego trójkąta”! Tak mówił Mr Smith.
— Jeżeli nie samym „barankiem”” — dodał Joe półgłosem, rozglądając się podejrzliwie w tłumie, wychodzącym wraz z nimi ze stacji.
— Gdzie jest ta loża?
— Podobno w okolicach Londynu, w jakimś starym kościele.
— Przecież ja tam byłem! — zawołał, przypominając sobie na jakieś mgnienie fantastyczną scenę w podziemiach.
— Byłeś tam? Widziałeś? — pytał Joe w najgłębszym zdumieniu, odciągając go z tłumu pod jakąś wystawę; i wpił się w niego oczami.
— Tak, ale wiesz, nic już nie pamiętam... Coś mi się musiało zdawać, a teraz, w tej chwili... Dalibóg, nic nie pamiętam...
— Przypomnij sobie! Podziemia kościoła... Stare grobowce... Noc.... Jakiś wspaniały ceremoniał... Bafomet... Daisy... — poddawał z naciskiem.
— Niestety, nie mogę... Coś mi błysnęło przez mózg i przepadło niby kamień w oceanie, doszczętnie przepadło... Zaczekaj no... Podziemia? Zaraz... Nie, nie, przyszła mi na pamięć piwnica klubu ekscentryków! Głupstwo! Jakiś chwilowy koszmar! O czym to mówiliśmy?
— O loży palladyńskiej, Bafomecie i Daisy...