— Wytrzeźwiałem! Czuję się zdrowy, śpię wybornie, mam apetyt, pracuję doskonale i nie trapię się niczym; oto tajemnica mojego stanu. Wiesz, do tego stopnia czuję się dobrze, że nareszcie zdecydowałem się na opuszczenie naszego pensjonatu!
— Już o tym słyszałem. Podobno Mrs Tracy wydelegowała Mr Smitha, aby cię prosił o pozostanie.
— Zabawny człowiek! Ani się spodziewasz, co mi powiedział o tobie!
— Chyba się skarżył na moje wystąpienie z loży!
— Było i o tym, ale powiedział mi z głębokim ubolewaniem i trwogą, że zostałeś czcicielem Miss Daisy i oboje służycie Bafometowi! Aha, i że wstąpiłeś do jakiejś palladyńskiej loży!
— Nieprawda, daję ci na to słowo honoru! — zawołał gwałtownie. — Ja miałbym iść z nimi? Ja w służbie Bafometa i tego piekielnego wampira? Co za ohydny wymysł! — wzdrygnął się jakby z obrzydzenia czy trwogi.
— Przepraszam cię za mimowolną przykrość! Mówił mi o tym bez żadnych zastrzeżeń, więc ci powtarzam otwarcie.
— Lubieżny kretyn może mieć tylko takie asocjacje nikczemne.
— Co to jest ta palladyńska loża?
— Świątynia, poświęcona kultowi szatana! Tam się zbierają jego wierni, tam Miss Daisy prawdopodobnie jest jego kapłanką!