— Oryginalny dom, jakby żywcem wyjęci z angielskiego romansu.
— A zwłaszcza ciotki! Miss Ellen dała mi całą pakę broszur...
— O przeznaczeniu kobiety! Umiem na pamięć te staropanieńskie brednie! Ona należy do etycznej sekty ewangelistek.
— Mnie zaś opowiadał Mr Joe takie nadzwyczajności ze swoich wypraw do Birmy, że wydały mi się nieco fantastyczne...
— Z pewnością nie fantazjował! Cały ten dom to wysoka klasa ludzi pod każdym względem.
— Ale przyjęli nas bardzo po angielsku! Można było dostać kataru w tej wyniosło-chłodnej atmosferze...
— Wolisz nasze zwyczaje, gdzie to na wstępie buzi z dubeltówki, przy kolacji kochajmy się, nad ranem już bruderszaft, a na drugi dzień jeden drugiego bardzo starannie nie poznaje.
— A nawet! Jest mi to bowiem milsze, niźli takie nudne ceremonialności! — upierał się zirytowany jego wzgardliwym tonem.
Ada załagodziła sprzeczkę i poszli do Green Parku, albowiem dzień był wyjątkowo pogodny, ciepły i suchy. Po drogach snuły się tłumy i tłumy zalegały niezmierzone trawniki. Pierwszy zmierzch już opadał niebieskawymi mgłami, krzyk miasta wrzał w powietrzu i światła jęły wykwitać w szarych groblach domów. Stanęli przed gromadką dziewczyn w białych swetrach i beretach, zajadle grających w piłkę nożną, gdy naraz Wandzia zaszeptała trwożnie:
— Mamusiu! Ta pani znowu na mnie patrzy!