Nie zawiódł się w obliczeniach, gdyż dopędził Daisy jeszcze w przedsionku.
— Byłem pewien, że to pani! — zaczął radośnie i, zmrożony niedbałym uściskiem jej dłoni, wstępował na schody w milczeniu.
Nie śmiał się odezwać ni zbliżyć, tak mu przegradzały drogę jej wyniosłe, a przeszywające spojrzenia. Przyglądała mu się niepokojąco, aż te migotliwe, fascynujące błyski przesyciły go niewytłumaczonym pomieszaniem.
— Dawno pani przyjechała? — odważył się wreszcie na zapytanie.
Jej wargi poruszyły się leniwym ruchem węży i jakiś szept wionął mu w twarz. Nie zrozumiał słów, ale przenikał go czar nieuchwytny samego dźwięku.
Odprowadził ją do drzwi mieszkania i chciał odejść.
— Będzie pan dzisiaj na seansie Bławatskiej?
— Wprawdzie obiecałem, ale, ale...
— Ale pan przyjdzie, proszę o to! — szepnęła nakazująco przy rozstaniu.
Naturalnie przyobiecał i, znalazłszy się w mieszkaniu, zupełnie machinalnie zapalił światła; usiadł przy biurku i zastygł nad rozpoczętą sceną z misterium. Przeżywał bowiem to niespodziane spotkanie z Daisy — i każdy szczegół z osobna, każde jej spojrzenie i słowo każde wskrzeszał w sobie i rozpatrywał z głęboką uwagą. Wydało mu się to wszystko tak niepojęcie dziwne, że jeszcze wrzaskliwsza fala niepokojów zatopiła mu serce, wytrącając go z resztek równowagi. Spróbował się wyrwać z błędnego koła wspominań, lecz czar z nich promieniejący oplatał go w coraz cięższe okowy.