— Po trzykroć obrzydliwy dzień: zimno, mokro i mglisto. Już prawie zapomniałem, jak świeci słońce i jak grzeje.
— „Przesada i egzaltacja!”, jak mówi ciotka Ellen.
— Więc pani widziała słońce w tym roku w Londynie?
— Ależ dopiero luty.
— Czy pani w ogóle kiedykolwiek widziała słońce w Anglii?
— O Mr Zen, by ciotka Dolly nie rzekła: „Strzeż się, Betsy, bo ten człowiek czci słońce jak gwebr19, poganinem być musi” — groziła mu ze śmiechem, naśladując komiczny głos ciotki.
— Przecież od listopada nie było ani na mgnienie słońca w Londynie. Nic, tylko mgły, deszcze, błoto i fogi20, a ja nie mam skóry z waterproofów21, więc już chwilami czuję, iż się przemieniam w galaretę, w mglistość, w strugi wody.
— W pańskim kraju nie ma też ciągle słońca — szepnęła ciszej.
— Jest, Miss Betsy, jest prawie codziennie. A teraz, w tym dniu, dzisiaj, świeci na pewno, świeci roziskrzone w śniegach, ogromne, jaśniejące, cudowne... — mówił, zniżając głos — wpatrzone w dal nagłych, oślepiających przypomnień.
— Tęsknota — powiedziała cichutko i jakoś dziwnie smutno.