— Chodźmy! Jest i Betsy. Przychodzi codziennie czuwać nad Wandzią. Złota, serdeczna dziewczyna!

Milczał, mocując się z głuchym niepokojem, jaki spłynął na niego z jej przypuszczeń.

— Bardzo cierpiałeś? — spojrzała z niezmierną tkliwością.

— Pochwycił mnie przykry paroksyzm takiej apatii, że przez parę dni targałem się w bezsilnej męce. Nie miałem sił nawet na ucieczkę do ciebie...

— Czemuż nie mogę być zawsze przy tobie...

— Myślałem o tym! Wiem, że ty byś mnie obroniła od moich własnych udręczeń. Tylko ty jedna — wybuchnął i stłumił zaraz cisnące mu się na usta zwierzenia, bo jakby zamajaczyła przed nim groźna twarz Daisy.

— Co ci dolega? Ty wiesz, że gotowam dla ciebie na wszystko.

— Powiem ci kiedyś! Powiem, ucieknę do ciebie, a ty mnie osłonisz i rozgrzeszysz! Muszę się na coś stanowczego zdecydować!

— Przerażasz mnie! — zaniepokoiła się jego posępnymi oczami.

— Ada, czekamy! — rozległ się głos Henryka z drugiego pokoju.