Weszli do salonu. Henryk siedział przed kominkiem, a Betsy szła ku nim.

— Wandzia upomina się o pana! — witała się chłodno i powściągliwie.

Dziewczyna leżała w pościeli niby kwiat omdlały, z wysiłkiem wyciągając do niego drobne, wychudzone rączki.

— To i mamusia czeka, i tatuś czeka, i Miss Betsy czeka, i my wszyscy czekamy, a wujcio nie przychodzi! — szepnęła z wyrzutem.

Słodki, rozżalony głosik i mizerna twarzyczka przejęły go takim rozczuleniem, że ledwie powstrzymał łzy. Przygładził jej rozwichrzone, jasne włosy i zaczął wesoło opowiadać o powodach, dla których nie przychodził.

Wysłuchała poważnie i odezwała się bardzo stanowczo:

— Dobrze, wujciu, ale teraz trzeba już z nami być na zawsze! Mamusia powiedziała, że, jak ja wyzdrowieję, to wracamy i wujcio z nami.

— Pojadę z wami, pojadę! — potakiwał, rozrzewniony jej szczebiotem.

— I już prosto do domu! Ale, muszę coś wujciowi powiedzieć pod sekretem. Tylko nikomu ani mru-mru!

Przyobiecał solennie. Objęła go za szyję i zaszeptała uroczyście: