„Jechałem z Daisy!”. Skupiał rozchwianą pamięć. „Ale co potem? Co się później ze mną działo?”. Nieprzenikniony mur, pełen mglistych, niepochwytnych majaków, zakłębił mu się w mózgu. Pamiętał rozmowę z Adą, pamiętał opowiadanie Wandzi — wszystko aż do chwili siadania do powozu. Ale potem nieprzebita ciemnica, noc i niepokój, przesiany oślepiającymi błyskawicami trwogi...

Wszedł służący, niosąc wraz z herbatą notę firmy I. Cook, w której była oznaczona godzina pociągu, odchodzącego do Dover141, nazwa statku i numer kabiny.

— Czy Miss Daisy u siebie? — zapytał, odzyskując równowagę.

— W tej chwili poszła tam Mrs Bławatska i Mr Smith.

— A czy Mr Joe nie wyszedł jeszcze?

— O, Mr Joe bardzo chory! Mówiła Mrs Tracy, że...

— Możesz odejść! — wybuchnął gwałtownie, spostrzegłszy naraz wzrok jego, skierowany z głupio domyślnym uśmieszkiem na jakiś szal, porzucony na kanapie; szal był indyjski, mieniący się barwami, przesycony zapachem fiołków, a obok niego leżały białe, zmięte nieco rękawiczki.

— Daisy! Tak, to jej! — z rozkoszą sycił się cudownym aromatem. — Jakaś pomyłka! — Zawinął go w papier i wraz z kilku słowami objaśnienia odesłał przez pokojówkę; zatelefonował jeszcze w sprawie Wandzi do znajomego doktora hipnotyzera i miał już wychodzić, gdy znowu wpadła mu w oczy nota Cooka.

„Pociąg odchodzi o dziesiątej. Dover. Kaliban142”. Czytał wolno, jakby wbijając sobie w oporną pamięć, ale nie mogąc na razie zrozumieć, gdzie to miał jechać i po co. Rzucił niechętnie papier i wyszedł.

Na korytarzu zabiegła mu drogę pokojówka z listem Daisy.