— Czy pani już wyszła?
— Pani słaba i od paru dni zupełnie nie wychodzi.
Uśmiechał się pobłażliwie na jej kłamstwa.
Daisy zapraszała go do siebie na herbatę. A w przypisku dziękowała za odesłanie szala.
„O piątej u Daisy, o siódmej u Wandzi z doktorem, a o dziesiątej pociąg odchodzi”, przemknęła mu chyżo myśl i poszedł do Joego. „Kaliban! Dziwna nazwa jak dla statku!”, pomyślał nagle.
Malajczyk otworzył mu drzwi, łypnął białkami i gdzieś zginął.
Mieszkanie było prawie ciemne, portiery pozapuszczane, a w szarym, posępnym mroku jak widmo błąkał się Joe. Chodził zgarbiony i z trudem; czasem przystawał, wpatrując się w jeden punkt z niezmierną uwagą, coś szeptał niezrozumiale i znowu szedł z pokoju do pokoju.
— Joe! Joe!
Jakby nie usłyszał, nie przerywając ani na chwilę wędrówki.
Zenon ścisnął go mocno za rękę i zawołał prosto w ucho: