Zenon rzucił się do niego, lecz mimo nadludzkich wysiłków nawet nim nie poruszył — stężał zupełnie i jakby przyrósł do posadzki. Stał przygięty niby drzewo, zabite w skurczu walki, głuchy i ślepy na wszystko. Rozgorzałe nadmiernie oczy jęły z wolna przygasać, świecąc próchnicowym, martwym blaskiem, a twarz powlekła się nieopowiedzianym wyrazem ekstatycznej błogości.

— Nie wolno mu przerywać! — powiedział przywołany Malajczyk, śpiesznie zamykając okna i przysłaniając je ciężkimi kotarami.

Zenon tak był przerażony, że nie rozumiał jego słów.

— Sam się ocknie, może dopiero za parę godzin, a może jutro! On teraz mówi z bogami! A gdyby mu się przerwało, mógłby zabić spojrzeniem... Czasem unosi się w powietrzu i słychać wtedy muzykę i śpiewy! — szeptał pobożnie.

Postawił przed nim kadzielnicę i zapalił. Białawy słup dymu podniósł się w górę i z wolna napełniał pokój wonnym obłokiem. Malajczyk wyprowadził Zenona do żółtego pokoju i rzekł, wskazując na stosy sprzętów porozrzucanych i kufry otwarte:

— Pan kazał odesłać ojcu wszystkie rzeczy i pieniądze.

— Więc wyjeżdżacie? — odezwał się wreszcie, odzyskując nieco równowagi.

— Mamy już kupione miejsca międzypokładowe do Bombaju144, a stamtąd Budda zaprowadzi nas na Wielką Drogę145!

— Gdzie jedziecie? Gdzie? — Nie mógł się jeszcze połapać ni uwierzyć.

— Ja jestem tylko jego cieniem, idę, gdzie on idzie! — mówił tak poważnie, że Zenon musiał uwierzyć w jego słowa i tym większy niepokój nim zawładnął.