„Co one mówią?”. Ogarnął braterskim spojrzeniem zwichrzone gąszcze.

Park chwiał się, kołysał i szumiał cichą, tajemniczą pieśnią zmierzchu.

— Co? Co? — spytał wzruszony, gdyż zdało mu się, że idą ku niemu te czarne olbrzymy i podają mu swoje rosochate gałęzie. — Nigdy, nigdy się nie porozumiemy! — westchnął żałośnie.

Stado ptaków zataczało nad parkiem kręgi coraz niższe, aż poczuł na twarzy mioty skrzydeł i dojrzał rozchylone dzioby i okrągłe, świecące oczy. Opadły przy nim, a kilka uczepiło się jego ramion, kracząc długo i nieustraszenie. Wsłuchiwał się w te głosy, gładził czarne, lśniące pióra i szepnął smutnie:

— Znowu ta nieprzebyta granica! Obcymi pozostaniemy na zawsze!

Zerwały się naraz i, uderzywszy skrzydłami, wzbiły się potężnym lotem w górę — nad drzewa, ponad miasto, coraz wyżej. A on gonił za nimi roztęsknionymi oczami, póki nie przepadły w szarych rojowiskach mgieł.

Powolny, a mocny dźwięk godzin zbudził go do rzeczywistości.

„Piąta!”. Przypomniał sobie natychmiast zaproszenie Daisy.

Ale szedł jakoś ociężale i, otrząsając się z resztek rozmarzeń, spostrzegał z przykrością, że wszystko znowu miało ten sam — zwykły i pospolity — wyraz. Rozwiały się błękitne mgły i wartki nurt życia burzył się dokoła, pienił i bryzgał brudnymi falami. Wzdrygnął się z obrzydzenia.

„A może tak jest, jak mi się teraz zdaje!”, dumał zapatrzony w zatroskane głowy, przygięte do ziemi pod brzemieniem niedoli. I wszędzie widział tylko zorane namiętnościami twarze, niespokojne i zdziczałe spojrzenia, usta zacięte cierpieniem — a we wszystkich wyraz drapieżnego nieubłagania, chciwości i egoizmu. A ten ruch olbrzymi! Te tysiące tysięcy kręcących się w kółko jakby w szale i zapamiętaniu! Ta dzika walka wszystkich ze wszystkimi! Te niezliczone hordy, wciąż węszące za łupem! Nędze, zbrodnie i rozpasania! Jakże to wydało mu się naraz potworne w swojej głupocie i bezcelowości! A wszystko było godne siebie: i te nędze niewypowiedziane, i te bogactwa niezmierne! Nawet te domy brudne, niby przegniłe trumny, rojące się ludzkim robactwem, nawet to niebo obwisłe i jakby przesycone ropą i kałem! Ohydne i przeklęte takie życie i taka dola!