Poznanie Daisy — i wszystko, co o niej słyszał, na co patrzył, co sam z jej powodu przeżył, nawet to, co zaledwie się prześlizgnęło przez mózg i tylko majakiem padło nieświadomym — jawiło się teraz w nim, jakby z wolna po raz drugi przeżywane. Rodzaj jasnowidzenia owładnął nim z taką siłą, że pamiętał z nieubłaganą dokładnością prawie każdą chwilę. Przyglądał się jakby nieskończonej wstędze kinematografu.
„Widzę, pamiętam i tak samo nic nie rozumiem!”, pomyślał, chwiejąc się niby liść na rozhukanych falach. „Przecież ja widzę tylko fakty, powierzchnie jakichś przypadkowych realizacji, czegoś niewiadomego, ślepiące majaki! Ale co jest tam w głębi? Kto jest reżyserem tych kukieł człowieczych? I kim jest właściwie Daisy? Jakąż rolę gram w tym wszystkim?”. Szarpał się w nierozerwanych sieciach tajemnicy, które go wlokły przez głębię męki, udręczeń i daremnych pytań!
— Wie pan! — zwrócił się po jakimś czasie do Mr Smitha. — Nawet bym się już nie zdziwił, gdyby naraz te drzewa za oknami przemówiły, a ci średniowieczni rycerze z obrazów zasiedli między nami...
Mr Smith odrzekł uroczystym tonem kaznodziei:
— Wszystko leży w granicach możliwości! Z nas bowiem bierze początek wszelka rzeczywistość! Myśl jest również realizacją, która trwa nawet poza nami. Jesteśmy marzeniem Boga, świat zaś jest naszym marzeniem. Nie ma dualizmu, jest tylko doskonała jedność, wiecznie falująca między biegunami: śmierć i życie, czyli między „wiem” i „jestem”! Nie ma w naturze...
— Być może, iż to wszystka prawda! — przerwał mu niecierpliwie Zenon, ogarnięty nieprzepartą żądzą ucieczki od tego wszystkiego; nie czekając już przyjazdu Betsy, wybiegł na ulicę i z radością zanurzył się w ciżbie tłumu.
..Więc jeszcze jestem!”, stwierdzał się fizycznie, prąc na wskroś zatłoczonych trotuarów. „Przecież nie mogę już tak żyć dłużej, nie mogę! I nie chcę zwariować!”, krzyczał w nim przebudzony nagle instynkt samozachowawczy. „Wrócę z Adą do kraju i zapomnę o wszystkim!”, marzył, pozwalając się nieść tłumom, gdzie im się podoba. I czuł się coraz spokojniejszy, gubiąc z wolna wszelkie obawy i pamięć tamtych spraw strasznych.
Ale równocześnie spostrzegał w ludziach jakieś niezrozumiałe zmiany, które go zaniepokoiły. Twarze zdały mu się być tylko maskami, przez które przeświecały jakieś obce, zagadkowe oblicza. I spojrzenia mieli tak promienne i strzeliste, że nad głowami wiły się ustawiczne kłęby migotów i błyskawic. I poruszali się inaczej — jakoś płynniej, jakby unosząc się nad ziemią. Zaś gwar miasta przeistaczał się w rozfalowaną i nieskończoną melodię... Każdy głos brzmiał z osobna i razem tworzyły chór niebiańskich dźwięków. Nawet mury przyjęły barwę lazuru i wynosiły się aż gdzieś ku niebu. Wszystko, na co spojrzał, miało ten sam zagadkowy wyraz. Wszędzie kryło się jakieś życie inne, obce, nieodgadnione — i zewsząd wyzierała niepokojąca tajemnica...
Nie dziwił się już niczemu, tylko myślał lękliwie: „A może i tak jest, jak mi się wydaje!”.
Gdy przechodził park, zaszumiały drzewa. Przystanął.