— Siedzi przy nim. Uparła się i nie opuszcza go ani na chwilę.

Jakoż znalazł ją w mrocznym pokoju, przysłoniętym kadzielnymi dymami. Siedziała spłakana, nieprzytomnie wpatrując się w brata, który stał tak samo pochylony i z tym samym zakrzepłym uśmiechem na ustach.

— To okropne! Patrzy, a nie widzi! Mówiłam do niego, nie usłyszał. Dotykałam jego rąk, zimne i sztywne jak u trupa! Boże mój! Boże! — zajęczała cicho.

Wyprowadził ją do okrągłego pokoju, silnie oświetlonego.

— Co jemu się stało? — zapytała, chwytając go za ręce.

— Nie wiem! Czy Mr Smith nic pani nie mówił? — Obawiał się tego.

— Mówił wprost straszne, straszne rzeczy!

— Spirytystyczne brednie, nie trzeba im wierzyć! Betsy! Betsy!

— A jeżeli to prawda? A jeżeli to ona temu winna?

Zrozumiał, kogo ma na myśli, lecz nie próbując jej bronić, spytał wykrętnie: