— Cóż powiedział doktor?
— A jeżeli ona i Wandzię zaczarowała? — ciągnęła coraz lękliwiej.
— Widzę, że Ada nie oszczędziła pani swoich zabobonnych przywidzeń.
— Bo jeżeli to prawda? Jeżeli to wszystko prawda, co mówił Mr Smith! — wybuchnęła z przerażeniem. — Tak się teraz obawiam każdej nowej chwili, że wolałabym zaraz umrzeć. Nigdy, nigdy nie przypuszczałam... I czuję się tak bezbronna wobec nieszczęścia... — zapłakała, a łzy polały się rzęsistym strumieniem po zbladłych, zmizerowanych policzkach.
Było mu jej strasznie żal, a nie mógł się zdobyć ani na jedno cieplejsze słowo. Stał sztywny, wodząc szklistymi oczami po ścianach.
— I tak mi było dobrze... Tak sobie marzyłam... Taka byłam szczęśliwa... A teraz! A teraz? — załkała znowu, wisząc jeszcze na rąbku nadziei, że może on przemówi jak dawniej, że może ją podeprze kochającym ramieniem i nie da nieszczęściu.
Nie poruszył się jednak, miotany dziwną rozterką. Jej łzy rozrywały mu serce i wiedział, co był powinien zrobić w tej chwili, wiedział, że to bezbronne pisklę przyszło do niego po ratunek, a nie potrafił przełamać jakiegoś ciemnego nakazu, który mu zabraniał najlżejszego objawu współczucia! Już wprost fizycznie nie umiał się zdobyć na żaden odruch. Czuł, że popełnia podłość i zdradę, że pastwi się i zabija to najszlachetniejsze i najgłębiej oddane mu serce, a nie przezwyciężył siebie. I na darmo szamotał się w jakichś nieubłaganych pazurach i na darmo starał się zrozumieć stan własnej duszy...
Zaś z Betsy jakby wyciekało życie wraz ze łzami, bo czuła, że ta straszna chwila rozstrzyga o jej szczęściu. Bezmierne znękanie ją ogarnęło i smutek. Nie miała już sił na płacze ni skargi, a tylko jej oczy, przepalone męką, mówiły niemym głosem boleści.
A Zenon w jakiejś chwili zażartej walki ze sobą zerwał się nagle z miejsca.
— Co się ze mną dzieje? Betsy! — zakrzyczał, odpychając coś sprzed siebie.