— Myślałem, że się już pana nie doczekam.
— To pan mnie wołał, nieprawdaż?
— Nie wołałem, ale bardzo pragnąłem, aby pan przyszedł jak najprędzej...
— Więc to nie pan! Zaglądał pan do Joego? Już się przebudził?
— Wracam od niego! Przed paru minutami odwieziono go do szpitala wariatów! Daję panu słowo honoru! — dodał, widząc jego zdumienie.
— Joe? Nie, nie, nie! — zakrzyczał, przyskakując do niego z gniewem.
— Dostał ataku furii i musieliśmy go odwieźć! — potwierdził smutnie. — Po przyjeździe pań poszedłem pana szukać. Byłem nawet i u Miss Daisy; zastałem ją, szykującą się do drogi. Wraca do Indii...
— Wspominała mi o tym!
— Szukałem pana i w naszym klubie; a kiedy powróciłem, już u Joego nie było nikogo prócz doktora i pielęgniarki. Właśnie zasiedliśmy do herbaty, rozmawiając o chorym, gdy naraz gruchnął krzyk i łomoty rozbijanych o ściany mebli. Wbiegamy do sypialni, a Joe stoi na środku pokoju z krzesłem w ręku i broni się przed jakimś niewidzialnym wrogiem. Krzyczał coś bez związku i rzucał się coraz zapalczywiej; kopał i bił, czym tylko mógł. Dopiero przy pomocy całej służby pensjonatowej zdołaliśmy go obezwładnić. I bronił się tak rozpaczliwie, aż musiano mu nałożyć kaftan...
— Straszne! Straszne! — jęknął, zaledwie wierząc uszom.