— Przeszedłem najcięższą chwilę w moim życiu! Jeszcze nie mogę uwierzyć... Przepraszam — wyjrzał podejrzliwie na korytarz. — Zdawało mi się, że ktoś puka do drzwi. ...Że Joe stracony! Doktor nie robi nawet nadziei! Taki dzielny człowiek! Taki potężny umysł i taka wzniosła dusza w szpitalu obłąkanych...
— Dzięki waszemu spirytyzmowi! — Nie mógł już pohamować gniewu.
— Może jest w tym nieco i naszej winy! — szepnął pokornie i ze szczerym żalem. — Ale głównie zawiniły te potworne praktyki fakirskie, jakim się już od dawna poświęcał. Chciał koniecznie zostać jogiem, świętym cudotwórcą i czystym duchem. Pragnął poznać Niepoznawalne... Jego szaleństwo utwierdziło mnie w przekonaniu, że takie eksperymenty są zgubne dla Europejczyków! Kto tylko tknął się tych praktyk, umierał lub wariował. Mógłbym wymienić wiele głośnych nazwisk!
— A mimo tego nie przestaje pan apostołować tych prawd! — szepnął z goryczą.
— Od chwili, w której ujrzałem szaleństwo Joego, przysiągłem sobie nie zajmować się więcej spirytyzmem. Przejrzałem bowiem i poczułem w ustach posmak gorzkiej prawdy, że my, tzw. Europejczycy, jesteśmy rasą niższą, jesteśmy tylko psychiczną tschandalą! Tylko Hindus może przekroczyć granice materii i spojrzeć w nieśmiertelne oblicze Światłości! To wybrani z wybranych! To już dusze w ostatnim awatarze! Panie, cała wiara i tęsknota mojego istnienia umarła dzisiaj gwałtowną śmiercią. Teraz wiem, że Europejczyk może posiądzie nasz system planetarny, może nawet zaprzęże słońca do poruszania swoich fabryk i wzleci do gwiazd, ale przenigdy nie przekroczy granic materii, nigdy jego ręce grzeszne nie podniosą zasłony, a jego ślepe oczy nie ujrzą Izys odsłoniętej! Teraz wiem, że jesteśmy tylko nędznym plemieniem pariasów, rozzuchwalonym przez głupotę, liszajem świata, skazanym na plugawe, przyziemne bytowanie i wieczne przerabianie ziemi niby te glisty, rojące się pod powierzchnią! I zaprawdę, nie godniśmy lepszej doli, bowiem suma naszych nieprawości jest większa nawet od miłosierdzia Bożego! Więc biada śmiałkowi, który świętokradczą myślą sięgnie poza kres naznaczony, po tysiąckroć biada! Szaleństwo i Śmierć tam stoją na straży!
Tyle grozy biło z jego słów i tak bezgraniczna rozpacz wyzierała mu z oczu, że Zenonem wstrząsnął dreszcz zabobonnej trwogi. Patrzył bezradnie, jak stary dowlókł się do drzwi, a odwracając się jeszcze raz, rzekł:
— Szaleństwo i Śmierć!
Ledwie ucichły jego kroki na korytarzu i Zenon stał na środku pokoju, nie ochłonąwszy jeszcze z zamętu, gdy służący zameldował.
— Walizy zniesione i konie czekają! Już czas na pociąg...
Nie zdziwił się, wiedząc już w tej chwili, gdzie ma wyjeżdżać i czyj to głos przywołuje go nieustannie.