— Nawrócona, oto jedna z sodomitek30, nawrócona!

— Chodźmy już, chodźmy! — prosiła, zażenowana spojrzeniami.

— Chodźmy, bo jeszcze jeden szyling dany, a uzna panią za świętą.

Wysunęli się z tłumu i szli prędko pustym trotuarem.

— Na tamtym rogu tak samo zbawiają — zauważył ironicznie.

Jakoż w istocie i tam — nieco w głębi czarnej i wąskiej uliczki, zatopionej prawie we mgłach coraz niżej spadających — rozlegał się krzykliwy, a namaszczony głos ulicznego kaznodziei. I tam skupiło się nieco przechodniów, i tam bito w tam-tam, śpiewano hymny, wyklinano grzech, nawoływano do pokuty, zbawiano, zbierano pensy i rozdawano wyjątki z Pisma Świętego, drukowane na jasnozielonych kartkach, co jak młode liście padały na błotny trotuar.

— Zbyt wielu jest tych zbawców świata!

— Pan myśli, że to sami oszuści i obłudnicy?

— Nie wiem; wiem tylko, że do otwarcia szynków trwa ich panowanie, bo później braknie słuchaczów i pensów.

— Dawno pan widział mojego brata? — zagadnęła niespodziewanie.