I tak zapomnieli o wszystkim, że nikt już nie wiedział — rzeczywistość to li2 sen czarowny?

A muzyka rozchylała się w ciemnościach kadzielnym tchnieniem modlitwy żarliwej, rosą srebrzystych dźwięków, wiewem melodii tak słodkiej, że dusze chwiały się w rozmarzeniu upajającym jak kwiaty w noc miesięczną.

I śpiewem się podniosła uroczystym, potężnym, rozległym — jakby świat cały śpiewał.

I krzykiem duszy, zagubionej we wszechświecie, łkała żałośnie...

I wyżej wznosiła się jeszcze, aż w hymny łzawych zachwyceń i w dal takich roztęsknień, że była już jakby emanacją nowych bytów, rodzących się z tajemnicy i marzenia.

Jeszcze nie ochłonęli z wrażenia, jeszcze dusze, niby krze3 płomieniste, chwiały się sennie w rytm konających dźwięków, gdy drzwi od przedpokoju otwarły się na oścież, struga światła runęła słupem na podłogę i w progu ukazała się wysoka, jasna postać...

Porwali się z miejsc, ale nim ktokolwiek zdołał krzyknąć, postać owa poruszyła się i szła wolno świetlistym pasem; szła sztywno i ciężko, z wyciągniętymi rękami, przystając co mgnienie i kołysząc się cała...

Drzwi się zamknęły bez szmeru i noc znowu ogarnęła wszystko.

— Kto jesteś? — zatrzepotało zdławione pytanie.

— Daisy... — wionął szept zgoła niematerialny.