— Czy i Joe ją zna?
— Właściwie to u niego na seansie widziałem ją nieco bliżej.
— Służyła mu za medium pewnie, bo ma twarz zmory albo wampira.
Nie odpowiedział, dotknięty przykro twardym tonem jej głosu.
— Ma dziwną twarz, przerażającą, choć tak piękną.
— Dlaczego? Nie zauważyłem w niej nic przerażającego.
— Nie chciałabym jej spotkać — wzdrygnęła się trwożnie.
— Betsy! — szepnął tkliwie.
Dziewczyna podniosła na niego przygasłe i wylękłe oczy, ale milczała, wzdychając niekiedy. A on nie wiedział, co mówić, nie mogąc ukryć bolesnego niepokoju. Żal mu jej było, kochał ją przecież szczerze i głęboko, przed chwilą czuł się tak szczęśliwy i spokojny, przed chwilą tak mu dobrze było z nią iść, dobrze mówić, dobrze kołysać się w rozmarzeniu, dobrze spoglądać na jej śliczną twarzyczkę; i tak błogo, tak szczęśnie37 było czuć jej miłość. A teraz?
Teraz pilno mu było rozstać się z nią. Niecierpliwiła go milczeniem; chciałby ją pożegnać i zostać sam, ale nie śmiał. Chciał się zmusić do dawnego stanu — nie potrafił.