Opuściły go wnet wszystkie chęci. Ochłódł, zapominał prawie o Betsy i rwał się myślami za tamtą, za Daisy. Odnajdywał ją w skłębionych, ciężkich mgłach i — jak cień przyczajony, a niedostępny — wlókł się za nią z bolesnym skurczem serca, ciągnięty jakąś siłą niezwalczoną trwożnego uroku, strachu nieledwie.
Ale przemógł się wreszcie i zaczął mówić prędko i dużo, by zagłuszyć własny niepokój. Śmiał się jakoś nienaturalnie, zaglądał jej w oczy zbyt natarczywie, nawiązywał usilnie porwane nici, rozdmuchiwał przygasłe ognie; uciekał wprost do niej całą mocą duszy strwożonej, wszystką siłą rozbłysłego nagle uczucia, aż rozchmurzyła twarz i poczuła się jak dawniej ufna i prawie tak samo szczęśliwa, prawie tak samo...
Zatrzymał jednak skwapliwie pierwszy napotkany pusty powóz i Betsy wsiadła.
— Wieczorem czekamy na pana z obiadem.
— Przyjdę, cóż bym robił bez tych godzin.
— Mnie one bardziej są potrzebne, bo czymże bym żyła cały długi tydzień...
— I ja czekam na nie z upragnieniem, i ja! — zawołał szczerze.
— Zen!
— Betsy!
Skrzyżowały się słowa, spojrzenia i gorące, namiętne uściski rąk.