Nie, to nie była tęsknota podobna tej, jaką czuł za Betsy, nie widząc jej dni parę — tęsknota miłosna za ukochaną. To było coś stokrotnie potężniejszego i zgoła niezwalczonego wolą ludzką, coś jak tęskne i nieprzeparte ciążenie asteroid, błądzących w nieskończonościach za słońcami, lub jak nurt rzek, niepowstrzymanie płynących do oceanów.

Jeszcze nie widział tego, a już ulegał tym prawom nieśmiertelnym.

Przebiegał szybko park. Leciał niewidzialnymi ulicami, przez jakieś place, zgubione we mgle, przez jakieś nieznane, pełne przytłumionej wrzawy zaułki, instynktem odnajdując drogę wśród coraz gęstszej ciemności, bo już teraz mgławicowo-obłoczne tumany przesuwały się jakąś twardą, czarniawą żółtością, bijącą strugami o ziemię, tak że przedzierał się przez gąszcz pierzastą niezliczonych pasem i włókien, jakby na wskroś opadających wód, marznących na leniwym, a spienionym brzegu...

Mieszkał jeszcze za Regent’s Parkiem39, na długiej i cichej Avenue Road40, ale tak przywalonej mgłami, tak utopionej w pienistych falach, że z niejakim trudem odszukał swój boarding house.

Przebrał się pośpiesznie i poszedł do jadalni.

Wsunął się cicho na swoje miejsce i trwożnie powiódł oczami.

Miss Daisy nie było, krzesło jej stało puste.

Pokój był wielki, podłużny, wyłożony ciemnym drzewem, o potężnych belkowaniach, poczerniałych jakby od starości, przytłaczających swoim ciężarem posępnym tak, że mimo elektryczności, płonącej w pęku złotawych storczyków, boleśnie splątanych i opadających z sufitu, mroczno było i niewymownie ponuro. Długi stół pośrodku skrzył się i połyskiwał zastawą, a nad białawo-martwym polem obrusa pochylało się kilkanaście głów, ledwie widocznych na ciemnym tle ścian.

W rogu pokoju, od wejścia, ogromny komin sięgał aż do belek; kupa przepalonych głowni buchała niekiedy krwawym płomieniem, rozsypując rozedrgane, żywe blaski na wytarty dywan, i żarzyła się, dogasając z wolna.

A na wprost wejścia, całą ścianę szczytową zajmował olbrzymi witraż. W głębokim mroku poczerniałych purpur, wśród zgaszonych fioletów i stopionych, przycichłych barw majaczyły jakieś twarde obrzeża szat, jakieś wyblakłe zarysy postaci, zatarte ruchy — to jakby zatopione w cieniach oczy, to rozpostarte dłonie tliły się złotawo, a przez wąskie drzwi z boku zaglądał blady, chory dzień i widać było szeroką, oszkloną galerię, pełną wysmukłych palm, i zielone, przyćmione mgłami gąszcze krzewów, spośród których wytryskiwał szemrzący pióropusz wody.