Jedli w głębokim milczeniu. Służba przesuwała się cicho, bez szelestu; nikt nożem nie trącił o talerz, nie poruszył się zbyt swobodnie, a jeśli jakie słowo padło głośniejsze, wtedy wszystkie oczy podnosiły się naraz i biegły trwożnie pod witraż, gdzie siedział samotnie Mahatma Guru.

Milczenie zapadało jeszcze głębsze, tylko wodotrysk bełkotał monotonnie, a niekiedy jakiś krótki, gniewliwy pomruk rozlegał się z oranżerii.

Zenon jadł, nie patrząc, co mu podają, i nie wiedząc prawie, co mu chwilami obok siedząca gospodyni mówi. Przytakiwał, śledząc bezwiednie ciche ruchy kotów, bawiących się na jej kolanach, i nasłuchując z drżeniem niecierpliwości najlżejszych szelestów od strony korytarza.

Puste krzesło Miss Daisy stało na wprost niego, po drugiej stronie stołu. Na poręczy wisiał czerwonawy szal indyjski, pocięty fantastycznymi, czarnymi liniami jakichś zagmatwanych rysunków; często spoglądał na niego, ale jeszcze częściej wodził oczami po pokoju, jakby wyłupując każdą twarz z osobna ze zmroku i milczenia, nie spostrzegając nikogo.

— Dzień dobry, byłem przed chwilą u ciebie! — rzucił przez stół Mr Joe.

— Spóźniłem się nieco z powodu mgły...

— Widziałeś Betsy? Jakże tam ciotki?

— Betsy widziałem, ale ciotek udało mi się dzisiaj nie spotkać.

— Byłeś u nas w domu?

— Nie, dopiero wieczorem pójdę. Tam z wielką niecierpliwością czekają na ciebie, Betsy jest pełna obaw.