Nie mogli już mówić, nie patrzyli nawet na siebie. Ale to niedopowiedziane zatopiło ich w takim szczęsnym upojeniu, że tylko kłonili się ku sobie bezwiednie, a nieprzeparcie, jak kwiaty, nabrzmiałe wonią, kłonią się w upalną noc, jak chylą się i ciężą drzewa senne ku potokom, szemrzącym w ciche, wiośniane noce, pełne niemych błyskawic i tęsknych, nieukojonych rozmarzeń za dniem jeszcze dalekim, za słońcem.
Nieco usypiająca i martwa cisza ogarnęła pokój. Wszyscy siedzieli nieruchomo; nawet Dick zniknął. Tylko niekiedy, gdzieś spod ziemi, jakby wprost spod domu, dobywał się lotny, krótki huk, przemykający jak cień pociągów co parę minut przelatujących, chwilami zaś rozlegały się melancholijne westchnienia Miss Dolly, smętnie zapatrzonej w zapadłe dale lat i zdarzeń drogich. To znowu stary poruszał się niecierpliwie, obejmował trwożnymi oczyma głowę syna i znowu zapadał w nieruchomość, kryjąc śpiesznie powiekami przełzawione błyski źrenic.
Wieczór wlókł się wolno znużonym i sennym rytmem chwil, przesuwających się jak niemi, bezimienni przechodnie — nikomu nieznani, niepotrzebni, a nigdy już nieprzypomniani.
— „Bo z szat mól pochodzi, a z niewiasty złość wężowa”48— rozbrzmiał naraz radosny i namaszczony głos Miss Ellen.
Drgnęli wszyscy, jakby gwałtownie przebudzeni. Betsy zerwała się na nogi, stary zaś gruchnął śmiechem i drwiąco powiedział:
— Sami prorocy cię budzą, co? Przez sen ci się wyrwał ten werset paradny; jak to tam było?
Ale że zegar na kominku zaczął dzwonić dziesiątą, Miss Ellen nie odpowiedziała, kryjąc wylękłą twarz za Biblią. Joe natomiast, siedzący na wprost ojca, powstał i zwrócił się do Zenona:
— Czas już na nas!
— Co? O dziesiątej do domu? Tego jeszcze nie było! — wykrzyknęła Betsy.
— Ojciec znużony i wszyscy jacyś senni — próbował się tłumaczyć.