— Mogę...
— Czy jesteś sama, Daisy?...
— Nie pytaj...
— Czy nikt z nas nie przeszkadza?
— Nie... Nie... Cóż może przeszkodzić woli „A”? — mówiła.
Głos miała nie swój, zupełnie obcy, a chwilami jakby płynący z fonografu5, trupi jakiś; wydobywał się martwym szmerem wprost z gardła, bo nie poruszała ustami ni żadnym muskułem twarzy.
— Więc wszystkim wolno pozostać w pokoju? — pytał znowu Mr Joe.
Nie odpowiedziała, tylko poruszyła się niecierpliwie, podnosząc ciężkie powieki, tak że wywrócone oczy błysnęły białkami. Jakiś uśmiech przewiał po bladej jak kreda twarzy, wyciągnęła rękę w próżnię, jakby witając kogoś niewidzialnego, i zaczęła coś półgłosem szeptać.
Mr Joe słuchał uważnie, ale na próżno usiłował zrozumieć cokolwiek; mówiła w zupełnie nieznanym języku.
— Co mówisz? — spytał po chwili, kładąc dłoń na jej czole.