— Sarwatassida6!

— Mahatma7?

— Ten, który jest, który wypełnia wszystko, który jest „A”, mój duch...

— Czy zechce mówić przez ciebie?

— Nie męcz mnie...

— Czy stanie się coś dzisiaj? Bracia są zebrani, czekają w trwodze, czekają w błaganiu o znak jakiś, o cud...

— Nikt z wcielonych nie jest godzien cudów! Nikt! — zabrzmiał mocny, potężny, męski głos, a tak silny, jak przez spiżową tubę płynący.

Joe cofnął się przerażony, wodząc oczami dokoła, ale w pokoju nie było nikogo. Daisy leżała bez ruchu, światła płonęły jasno i cała grupa zebranych stała w drugim pokoju, na wprost niego.

— Niechaj on gra, on! — szepnęła, unosząc się i wskazując ręką na Zenona, i zaraz padła w tył, wyprężona, sztywna; i tak już pozostała.

Próżno Joe usiłował zmusić ją do rozmowy. Leżała martwa jak trup; ręce miała zimne i twarz pokrytą lodowatą rosą.