—„Będzie start grzech pospołu z grzesznikiem”56 — rzekła uroczyście Miss Ellen.

Zenon się uniósł — a że rzadko mu się to zdarzało, więc tym gwałtowniej.

-– Oto po prostu obmierzło mi już plugawe kłamstwo, zwane teatrem. I przeto znienawidziłem do rdzenia głupstwo, blagę i kramarstwo, bezczelnie udające sztukę. Mam już dosyć udawań, dosyć takich głupich gestów w próżnię, tych błazeńskich symulacji życia, tych małpich naśladowań, tych póz na człowieka i tej całej, oszalałej z pychy, menażerii autorów, aktorów i oklaskującego, pijanego głupotą pospólstwa.

— Czegóż więc chcesz? — pytał żywo Joe, przestając grać.

— Prawdziwego i szczerego kultu piękna.

— A Shakespeare57, a Grecy, a tylu, tylu innych, nie są że sztuką prawdziwą?

— Te wszystkie sławne i ze czcią powtarzane nazwiska to puste dźwięki, dawno już umarła ich treść prawdziwa; tak dawno, że te nazwiska mówią nam tyleż, co nazwy planet i słońc, zarówno nam obce, dalekie i nieznane. Wytarte liczmany58, krążące w odruchowym obiegu; prawdy, mówione w niezrozumiałym języku. A przy tym trupy, dźwigane przez nas dobrowolnie, trupy, ciążące jak ołów na duszach naszych, tak że z wolna giniemy pod ich złowrogim panowaniem, nie śmiejąc nawet pomyśleć, że można je z siebie zrzucić do muzealnego rowu.

— Tak, rozumiem cię. Przejrzałem i widzę, że wszystko, co nam dzisiaj panuje i co rządzi nami, jest kłamne59 i trupie, więc i teatr nie może być czymś lepszym — zauważył ponuro Joe.

— Jest nawet gorszy, bo udaje świątynię sztuki, a jest siewcą moralnego analfabetyzmu, jest fabryką fałszywych wartości, szkołą zła i głupoty. Od kapłanów bowiem przeszedł w ręce parobków i ladacznic, stał się nie ducha potrzebą, lecz zmysłów. Więc i przemawia do oczów i naskórka wielkiego, duchowego lokajstwa; wyręcza ich w myśleniu, bawi, pochlebia i jest dla nich codziennym środkiem przeczyszczającym na nudę i intelektualną impotencję.

— Ostre pługi muszą przejść po zachwaszczonych ugorach życia!