— O Betsy! — drgnęło mu naraz serce miłością; skoczył ku niej, pochwycił ręce i zaczął je gorąco całować.
— Bo ja tak tęsknię za tobą, tak kocham, tak czekam — szeptała wzruszona.
— O Betsy moja, duszo moja serdeczna, jedyna! Gdybyś mogła wiedzieć, co się... — nie skończył, bo dziewczyna wyrwała ręce, dotknęła palcami ust jego i uciekła, gdyż w tej chwili u szczytu schodów rozległ się surowy głos Miss Dolly.
I Joe również zaraz wyszedł z jakąś wzruszoną i tajemniczą twarzą, a Dick, oczekujący na nich z paltami w sieni, jeszcze coś szeptał do niego, gdy wychodzili na świat.
Na dworze ciemno było i zimno; mgły opadły, ale za to prosto w twarze zacinał skośnie drobny, gęsty i przykry deszcz, miotany przewalającym się w ciemnościach wiatrem.
Ogarnęła ich nieprzenikniona ćma68, gdy wychodzili na tak zwane „ośle łąki”, jakich jest pełno na krańcach Londynu; zgoła utonęli w nocy, tak że tylko w dali, przez szklane przędziwo deszczów, świecił się nikłym kręgiem rząd latarń.
Błoto, mimo żwirowych dróg, chlupało pod nogami, ale przyśpieszali kroku, by się jak najrychlej dostać do ulic już widnych na tle ciemności — niby szyby olbrzymie, słabo prześwietlone — bo te milczące, ponure pustki, głuche i rozległe, wzbudzały mimowolną trwogę.
Ulice jednak tak samo były posępne; leżała w nich uśpiona cisza niedzielnego wieczora i smętek ciężkiego, niewolniczego jutra. Domy stały martwym szeregiem, ociekające wodą, oślepłe i pełne rozpaczliwej nudy. Wiatr hurkotał po niedojrzanych dachach, a często zwalał się na ulice, rozmiatając do dna czarne, połyskliwe kałuże. Rynny zaś grały bezustannie bełkotliwym, ostrym rytmem spadającej wody. Rzadkie, przygaszone nieco latarnie stały, jak szyldwachy69 martwe ze znużenia, rozkrążając żółtawe koliska po czarnych, rozmiękłych asfaltach.
Nigdzie człowieka ani dorożki, ani ruchu najmniejszego wśród tego morza kamieni, w tej ciszy uśpionego miasta — tylko sypki i boleśnie nużący szmer bezustannego deszczu i to wstrętne, przegniłe powietrze, które, niby oddechem, pokrywało im twarze śliską i lepką rosą.
Dostali się wreszcie do stacji, wsiadając do pierwszego pociągu, jaki dążył w ich stronę.