Ciotki najpierw poszły do swoich pokojów na drugim piętrze, zabierając Betsy. Stary zaś odwiódł syna na stronę i o coś go tam prosił cicho, ale tak długo, że Zenon wyszedł, nie chcąc im przeszkadzać.
— Mr Zen! — rozległ się za nim na schodach przyciszony głos Betsy. — Mój drogi, mój złoty, niech się pan poradzi doktora! — prosiła serdecznie, gdy podszedł do niej nieco bliżej.
— Dobrze, pójdę do lekarza, będę się leczyć, połknę całą górę lekarstw; uczynię wszystko, czego żąda tyrańska Miss Betsy. Do widzenia! — wołał głośno.
— Do widzenia za tydzień, za strasznie długi tydzień — szepnęła żałośnie, schodząc po ciemnych schodach nieco niżej.
— O tak, czasem jeden tydzień zawiera w sobie parę tysięcy lat tęsknoty...
— I całą nieskończoność trwóg i niepokojów — powtórzyła echowo.
— I... Do widzenia! — Posłyszał cichy skrzyp drzwi.
— Proszę tylko o długie i dobre listy.
— Jak zwykle mały tomik in 16-067 — odpowiedział żartobliwie.
— To jest mój kalendarz, na którym obliczam pozostałe do niedzieli dni, bo ja nimi tylko żyję — ozwała się jeszcze ciszej i bliżej, już o parę stopni od niego.