Nie było jednak nikogo. Szmer zgasł jak płomień zdmuchnięty; wszyscy siedzieli w trwożnej ciszy, wpatrzeni w niego. Obejrzał cały pokój, otwierał szafy, zajrzał nawet za opuszczone story.

— Byłem pewien, że ktoś wszedł i wolno przechodzi przez pokój!

— Dick, przejrzyj jutro książki; musiały się znowu zagnieździć szczury! — wołał wesoło stary, ale ukradkowym spojrzeniem wodził po pokoju.

— Dałbym głowę, że to nie był szmer szczurów. Nie, widziałem odsłaniającą się portierę, słyszałem wyraźnie szelest sukni — zapewniał.

— Po prostu zdawało ci się, coś w rodzaju słuchowej halucynacji! Ja sam ulegałem temu dość często w pierwszym roku mojego pobytu w Indiach; to zwykły wynik upałów, ale wyleczyłem się prędko i zupełnie — objaśniał spokojnie Joe, chcąc usilnie zatrzeć niemiłe wrażenie.

— Istotnie, jest tutaj wyjątkowo ciepło. Gorąco nawet — zauważył Zenon.

— Dick, zakręć gaz w kominku! — rozkazał stary, odsuwając się od ognia.

— Jeśli głowa boli, to zrobiłabym panu jakiś kompres — proponowała Ellen.

— Ależ doskonale się czuję, dziękuję bardzo.

Lecz rozmowa nie mogła się już nawiązać. Mówili monosylabami, jedynie po to, by zagłuszyć jakiś cichy niepokój, wślizgujący się do serc. Kłopotliwe milczenie coraz częściej zalegało i coraz trwożniej biegały podejrzliwe oczy po jasno oświetlonym pokoju. Stary podrwiwał ze wszystkich, że tak łatwo ulegają sugestii; ale i to nie pomogło — nie przywróciło dawnego nastroju, nie rozwiało jakiejś posępnej mgły... A że już było po jedenastej, zaczęli się zbierać do rozejścia.