— Teatr marionetek? Ależ jest ich kilka!

— Nasz teatr nie będzie dla dzieci.

— Więc dla kogóż, u Boga, może być teatr marionetek?

— Ten będzie dla dorosłych, dla artystów i przez artystów.

— Dzieciństwo, dekadencja, francuskie wymysły! — krzyczał Mr Bartelet.

— Być może, ale te dzieciństwa są bliższe prawdziwej sztuki, szczersze i głębsze dają wrażenia, niźli dzisiejszy teatr.

Nie, nie chciało już mu się mówić. Poczuł się ogromnie znużony, więc prawie od niechcenia opowiadał bliższe szczegóły o tym teatrze, zwracając się tylko do Betsy, bo stary zaczynał go już niecierpliwić brutalnymi uwagami. Gdy naraz, nie kończąc zdania, porwał się na nogi z okrzykiem:

— Ktoś wszedł tutaj!

Najwyraźniej zobaczył ruch portiery, odsłaniający drzwi, usłyszał szmer kroków i szelest wlokącej się po dywanie sukni.

Zamilkli, strwożeni jego głosem i postawą, bo pochylony, blady, z rozbłysłymi oczyma nasłuchiwał, jak ten szmer, ledwie pochwytny, przesuwał się przez pokój ku oknom. Słyszał wyraźnie, rozróżniał... Był najgłębiej pewny, iż ktoś przechodzi... Że ktoś wszedł ze schodów i teraz przemyka się obok nich... Że skoczył na środek, jakby chcąc ująć niewidzialną...