— Więc się rozdwoiła na dwie bliźniaczo podobne tożsamości? Nie żartuj ze mnie; nie przekonywaj nawet, bo to by przeczyło wszystkiemu, co wiemy, i bluźniło przeciw rozumowi — wołał rozdrażniony.
— Czemu przeczy? Naszej wiedzy i rozumowi? A cóż wiemy? Nic, utonęliśmy w głupich, nic nietłumaczących faktach, których się trzymamy jak poręczy nad przepaściami, nie śmiejąc poruszyć się z miejsca. Ba, pomyśleć nawet, że można rzucić się w otchłań i nie zginąć... Nie przepaść... A właśnie tam znaleźć tę jedyną prawdę, duszę własną!
— Nie mów, bo nie mogę dzisiaj z tobą dysputować71. Tak jestem dziwnie znużony i wyczerpany, że padłbym jak kamień przez egzotyczne mgławice twoich hipotez. Jestem tylko człowiekiem, jedynie ufającym rzeczywistości dostępnej dla moich zmysłów.
— Jest jedna tylko rzeczywistość: dusza. Wszystko poza tym to tylko cień, jaki od niej pada w nieskończoność, majaki i złudzenia.
— Echa nauk Mahatmy Guru! — szepnął niechętnie.
— Wszak uczniem jego i czcicielem jestem...
— Boże, że to nigdy człowiek się nie obejdzie bez przewodników...
— Bo zbawców mieć musi, jeśli nie jest tylko tschandalą72, mierzwą ludzką, na której dopiero kiedyś może zakiełkują święte kwiaty ducha. Guru mnie zbawił, urodziłem się nowo z jego mądrości. Ślepy byłem i przejrzałem; jeno trupem ludzkim byłem i wywiódł mnie z martwych na pachnące lotosem brzegi prawdy wiecznej, jedynej. Więc do niego wszystek należę i z pokorą i szczęśliwością, i dumą mówię ci o tym.
— Pójdziesz za nim? — zapytał z drżeniem, czekając odpowiedzi.
— Tak, nie opuszczę go już; aż do dnia, w którym się „stanę i będę”.