Ocknął się po pewnym czasie i spojrzał dokoła: mrok się już stawał nocą, pokój był prawie niewidzialny. Tylko zwierciadła patrzyły na niego jak puste, zasypiające oczy, a wielka palma, stojąca na środkowym stole, majaczyła nikłym, tlejącym zarysem na sinym brzasku okien, zasnuwających się z wolna martwymi rzęsami cieni.
Miss Daisy już nie było widać w ciemności; grała jednak wciąż, ale jakoś sennie i apatycznie. Podniósł się nagle z niezachwianym zamiarem przemówienia do niej, ale nim się odezwał, przyszła mu naraz brutalna myśl, trzeźwiąca jak smagnięcie biczem, że może jej spojrzenie nakazujące mówiło tylko to, czego pragnął w skrytości. Może to się nie miało stać dzisiaj ani nigdy, a on, jak głupiec, czekał z drżeniem ciekawości i lęku...
Bardzo często bowiem przychodziła grać do reading-roomu i grywała po parę godzin z rzędu, więc i dzisiaj robiła to samo, nie zważając na niego, nawet może gniewna, że jej przeszkadza swoją obecnością.
Poczuł gorzki smak rozczarowania i głębokie niezadowolenie z samego siebie, więc — jak mógł najciszej — z pewną wstydliwością wysunął się z pokoju.
Mieszkał na tym samym korytarzu pierwszego piętra i właśnie otwierał drzwi, gdy rozległo się stłumione i przeciągłe wycie Bagh. A po chwili Miss Daisy przeszła obok niego, ale jakby go nie spostrzegając zgoła, chociaż stał w pełnym świetle, twarzą zwrócony do niej.
To niewidzące spojrzenie dotknęło go tak niemile i tak zabolało, że wszedł do mieszkania, zatrzaskując drzwi ze złością. Rozniecił zaraz światło, bo nie cierpiał w mieszkaniu ciemności, i zaczął drżącymi rękoma rozrywać kopertę jakiegoś listu, który nań już od śniadania czekał na biurku.
List był od Betsy, ale mimo to nic z niego nie rozumiał. Nie mógł powiązać słów ni wydobyć jakiej bądź treści, tak że, zdenerwowany jeszcze bardziej, rzucił go z niechęcią i poszedł wyjrzeć na korytarz, pusty już i cichy.
Był już teraz zupełnie pewny swojej omyłki, a to sprawiało mu tak głęboką przykrość, że długo nie mógł się uspokoić.
„Bo i cóż mogła mi powiedzieć? Dlaczegóż miałaby chcieć, abym z nią pozostał sam na sam? Złudzenie i nic więcej! W tym domu wariackim i ja już zaczynam halucynować!”, rozmyślał, spostrzegając znowu list Betsy. Ale zupełnie się nie wzruszył tym serdecznym, tkliwym szczebiotem narzeczonej, czytając jeno oczyma kartkę po kartce, bo całą duszę miał wypełnioną wspomnieniami tamtej. Skończył czytać i chciał w pierwszym, poczciwym odruchu odpisać; nagłówek już nakreślił, ale zabrakło mu wprost treści — nie miał w tej chwili nic do powiedzenia i poczuł naraz nieprzepartą chęć wyjścia na miasto, powłóczenia się po ulicach zatłoczonych i szumiących wrzawą, zagubienia siebie. Lecz, nim zdążył wyjść, służący zameldował Mr Smitha.
Wszedł chudy i żółty pan z oczyma ugotowanej ryby, pochylony nieco, ostrożny, uprzejmy niezmiernie i przesadnie skromny.