Zaledwie przed półgodziną, wśród gwarnej i dosyć banalnej rozmowy, gdy się podnosił do wyjścia, ujrzał w jej źrenicach wyraźny nakaz pozostania; więc, mimo natarczywych nalegań Joego, pozostał, oczekując i drżąc w sobie tym bolesnym dygotem trwożliwej niepewności, co jak wąż zimnymi skrętami owija serce, dusi z wolna i krew wszystką, i myśl każdą wypija.
Miss Daisy grała jakąś ściszoną i zagmatwaną w rysunku piosenkę, jakby nie zwracając na niego uwagi, a on chodził wciąż, kołując błędnie wśród porozstawianych mebli. Czasem spoglądał przez szyby na szary i smutny dzień, ale patrzył, nie spostrzegając niczego, daleki od wszystkiego, zasłuchany jedynie w ten rosisty opad dźwięków coraz cichszych. To znów, wyrywając się spod ich dziwnego czaru, patrzył na jej włosy rude, jakby z miedzi wykute, i na jej białe, długie ręce, które się snuły po klawiaturze jak słodki sen.
Grała bez przerwy, odwracając niekiedy bladą, zadumaną twarz. I wtedy oczy się ich spotykały na chwilę, na płochliwe i nieugięte mgnienie; z twardego i zimnego szafiru kute groty spojrzeń przebijały mu duszę na wskroś, tak że zatrzymywał się z drżeniem, bo mu się wydawało, iż oto nadchodzi ta chwila, w której się to coś oczekiwane ziści, że tajemnica przemówi... Ale ona grała dalej.
Czuł się coraz bardziej rozdrażniony i zaniepokojony; okrążał znowu pokój, czyhając na każde poruszenie jej głowy i na spojrzenie każde, ale było tak samo zimne, przeszywające i nieme.
Już kilka razy powstawał w nim nagły bunt, tak że zbliżył się do drzwi stanowczym krokiem — lecz odejść nie potrafił.
I tak płynęły długie, długie chwile milczących oczekiwań.
Z wolna, niepostrzeżenie, mrok zaczął przysypywać światłości dzienne swoim pyłem popielnym, osnuwał wszystko we mgłę sennego zadumania, przygaszał barwy i lśnienia i zalegał puszystą, drgającą, ciężką mgłą.
Zenon — zmęczony i wyczerpany — upadł na fotel i siedział nieruchomo. Ta niepokojąca cisza i milczenie, rozdzwonione zaledwie dosłyszanymi dźwiękami, biły w niego jak młotem, obezwładniały smutkiem niepojętym.
Nie, odejść nie mógł. Siedział, jakby przykuty niewidzialnymi, a potężnymi więzami do tej postaci, ledwie już widocznej w coraz gęstszym mroku, sam z wolna zapadając w senną martwotę milczenia, pełną smutku i dziwnych majaczeń rozpadających się w mroku kształtów.
Pokój stawał się jakby dnem, gdzie przez posępnie zielonawe i wzburzone zwały morza zaledwie się prześlizgują widma nierozpoznanych rzeczy, nikłe połyski barw struchlałych, wiotkie wrzenia kształtów, zastygające i głuche wiry cieniów i zmartwiałe, a rozchwiane ciemnice w otokach płynnych, szarych fal wieczoru. A skądś, niby z powierzchni dalekiej i zgiełkliwej, sączy się smuga dźwięków przygasłych i spada ciężkimi kroplami na jego duszę znużoną, spada kropla po kropli, bije z wolna i nieubłaganie; a każda jest grotem ostrym i warem, a każda zalewa go smutkiem i łka w nim nieukojoną, żrącą tęsknotą.