— Bafometa77! — szepnął trwożnie i, wyjąwszy z kieszonki w kamizelce szczyptę soli, siał nią dokoła zabobonnie.

— Bafometa? — powtórzył Zenon, nic nie rozumiejąc.

— Cicho, nie wymawiajmy tego imienia więcej! Boże! — krzyknął naraz głośno, padając na krzesło, bo rozległ się bliski, wstrząsający ryk pantery.

Zenon wybiegł na korytarz, bo wydawało mu się, że to tuż pod jego drzwiami zawyła Bagh — ale korytarz był zupełnie pusty.

— Musi ryczeć w klatce, może głodna! — tłumaczył, usiłując zachować spokój.

— Nie, nie, w tym być musi jakiś znak porozumienia. Bo zresztą ja nie wiem, czy Bagh jest tylko zwierzęciem, nie wiem...

— A czymże jest? Chyba nie samym Bafometem? — zawołał urągliwie.

— Cicho, cicho... Nieszczęsny, ani wiesz, że tak wymówione imię może w tej chwili stało się dla kogoś śmiercią, nieszczęściem lub chorobą.

— Cóż to? Porywa na rogi i ponosi na Blankenberg78? — drwił złośliwie.

— Wszystko jest straszną zagadką. Dokoła nas leży mrok, w którym czyha lęk i śmierć wieczna! Są słowa zabijające, są imiona, od których dźwięku rozpadają się światy, są życzenia, które się spełniają bez naszej woli, są takie myśli, od których ruch gwiazd zależy! Błądzimy po omacku w wiecznym mroku jak ślepi od urodzenia, aż po dzień wyzwalającej śmierci, jak ślepi, czepiający się z rozpaczliwą wiarą kurzawy i wołający wielkim głosem: „Nie ma nic poza naszą ślepą głupotą!”. Ale świat przejrzy, boleśnie przejrzy! Niech kamienuje proroków, niech się pastwi nad własną duszą; i tak zbawiony być musi całą siłą naszej wiary i pragnień, bo my go wyprowadzimy z odmętów, wywiedziemy z niewoli grzechów... Nasza prawda zbawi świat! Ale tymczasem jeszcze Tamten panuje i rządzi światem; jest we wszystkich sercach, czyha i toczy śmiertelny bój z Bogiem — szeptał gorąco, powstając z miejsca.