— Stare, rozwiane podania, pomarłe dawno mumie symbolów, zmartwychwstające w najtrzeźwiejszym wieku i wśród najtrzeźwiejszego z narodów. Odwieczna tęsknota dusz za istnieniem, odwieczny strach przed śmiercią...

— Czytał pan Izis odsłoniętą79? — zapytał niespodzianie Mr Smith.

— Czytałem, a raczej Joe mi ją wykładał. I doszedłem do wniosku, że Bławatska80 jest najzwyklejszą, ordynarną nawet szalbierką, a ta jej książka stekiem bredni i kłamstw świadomych, spekulujących na dobrej wierze i naiwności ludzkiej!

— Największa kobieta, jaką ród ludzki wydał, pierwsza święta naszego kościoła, a pan ją sądzi niby jakąś uliczną szarlatankę — jęknął.

— Bardzo przepraszam. Takie wrażenie wyniosłem z opowiadania o niej.

— Ręczę, że wielbiłby pan ją jak i my wszyscy. Przyjechała parę dni temu do Londynu. Jutro przyjdzie do loży wraz z pułkownikiem Olcottem81. Chętnie pana wprowadzę; seans będzie nadzwyczajny, mają być aporty82 od samego Dalajlamy83 z Tybetu84... Ona jest największym medium na świecie!

— Dziękuję, jestem już syty cudów.

— Boże, co za bluźnierstwo.

— Tak. Bo cóż, że ujrzę cud, kiedy nie wiem? Cóż mi cud tłumaczy?

— Tak, pan bardzo nie wie, bardzo. Przepraszam, pomińmy tę kwestię. Muszę iść, ale może pan zechce powiedzieć Joemu, że Ona pragnie go ujrzeć jak najprędzej.