— Nie wiedziałem, że znają się osobiście.
— O, dawny kult Joego, jeszcze z Bengalu85 — szepnął Mr Smith; powlókł lubieżnymi oczami po Antinousie i wyszedł.
Zenon zaś pobiegł śpiesznie na drugie piętro do mieszkania Joego, wielce zaniepokojony o niego słowami Mr Smitha; ale długo się dobijał, nim w końcu otworzył mu drzwi wysoki, cynamonowy Malajczyk — piękny jak Antinous — z włosami po kobiecemu zaplecionymi w warkocze i upiętymi na głowie, w których błyszczał wysoki, złoty grzebień, wysadzany szmaragdami.
— Mr Joego nie ma w domu — twierdził stanowczo, nie wpuszczając go do środka.
— Musi być, ponieważ dzisiaj mieliśmy się zejść tutaj, a od dwóch dni przecież nie wychodził z domu. Używał podstępu, by się tylko dostać do mieszkania.
— Nie wiem, ale tutaj pana nie ma wypisanego, a są wszyscy, jakich miałem wpuścić. — Pokazał kartkę poznaczoną hieroglifami.
— Widocznie zapomniał wpisać. Wszak znasz mnie i wiesz, że zawsze przychodzę bez meldowania.
— Kiedy ofiara się już rozpoczęła...
— Spóźniłem się... — Zupełnie nie rozumiał znaczenia jego słów.
— Nie można... Nie... — bronił się coraz słabiej, nie wiedząc, co począć, bo dobrze wiedział o jego przyjaźni z Joem; ale Mr Zenon, nie zważając już na jego opór, prawie siłą wszedł do przedpokoju.