Malajczyk podrapał się frasobliwie za uchem. Zamknął drzwi na cały system zatrzasków i wprowadził go do bocznego pokoju, gdzie na niskim stole, w siedmioramiennym, miedzianym świeczniku, paliło się siedem wysokich, woskowych i żółtych świec. Dokoła pod ścianami stały szerokie sofy, pokryte żółtym jedwabiem; ściany również złociły się gorącym tonem chińskich jedwabiów, zahaftowanych złotymi smokami.
Malajczyk podał mu długi, cienki jak pajęczyna i przejrzysty jak woda woal barwy fiołkowej i otworzył drzwi do sąsiedniego pokoju.
Zenon miał w dłoniach szeleszczącą, przedziwnie miękką materię. Nie śmiejąc zapytać o nic, aby się nie zdradzić, że do wtajemniczonych nie należy, dopiero gdy służący wyszedł, poruszył się z miejsca.
„Co to wszystko znaczy? Co za ofiara rozpoczęta?”, myślał, rozglądając się ze zdumieniem, nigdy bowiem nie był w tej części mieszkania, nawet się nie domyślał jej istnienia... Zajrzał przez uchylone drzwi do sąsiedniego pokoju, ale się cofnął — ciemno tam było zupełnie, cały był jakby poprzegradzany parawanikami. Wziął świecę i poszedł w głąb mieszkania. Przechodził pokój za pokojem: wszędzie panowała ciemność, pustka i cisza, nigdzie ani śladu ludzi; dopiero w pokoju, w którym odbywał się seans, dosłyszał jakieś przyduszone, niewyraźne szmery, jakieś jęki, jakby spod ziemi wychodzące... Czasem coś jak krzyk mdlejącym echem się rozlegało i głucho zapadało się wszystko. Zatrzymał się strwożony, nie mogąc pojąć, skąd te głosy się dobywają, w pokoju bowiem pusto było jak wszędzie — tylko przez szyby zaglądały cienie drzew i brzaski dalekich świateł złotymi pajęczynami pełzały po szkle.
Po chwili te niewytłumaczone głosy znowu zadrgały — i jakoś bliżej, wyraźniej, prawie tuż przy nim, tak że odskoczył przerażony. Świeca mu zgasła, otoczyła go ciemność, lecz dopiero wtedy rozpoznał, że to z okrągłego pokoju płynie ta stłumiona, dziwna wrzawa. Odszukał drzwi i otworzył je bez szmeru, ale jeszcze za nimi wisiała gruba i ciężka zasłona; głosy, splątane z dźwiękami muzyki, zabrzmiały tak blisko, że odchylił nieco zasłony, popatrzył nagle osłupiałymi oczyma — i cofnął się przerażony...
Prawie uciekł z powrotem do seansowego pokoju. Zapalił papierosa i, przytknąwszy czoło do szyby, trzeźwił się jej chłodem i rozróżnianiem drzew w ogrodzie.
„Dobrze widzę, to tu ja... Czuję chłód... Wiem, gdzie jestem... Muszę być przytomny...”, myślał wolno, bo to, co tam ujrzał, runęło na niego obłędnym strachem. „Widziałem, ale to niemożebne... Musiało mi się zdawać... Jakieś uderzenie na mózg...”, rozmyślał trwożnie, z trudem wydobywając się jakby z szaleńczego snu. Dopiero po dłuższej chwili, zupełnie uspokojony, utwierdziwszy się, że jest przytomny, poszedł tam znowu i zajrzał trwożnie.
Okrągły, wielki pokój tonął cały w łagodnej, błękitnawej światłości; błękitny dywan zaścielał posadzkę i błękitne były głuche, bez okien, ściany, pokryte gdzieniegdzie świętymi zgłoskami, malowanymi złotem. Z brązowej, greckiej lampy, zwieszającej się z sufitu, rozlewały się przyciszone, mgławe brzaski, a w tym sennym nieco półświetle, w tym księżycowym lśnieniu — jakby gdzieś w nieskończonościach, prześwietlonych drganiem gwiazd, wśród upajającej woni orchidei, zwieszających się ze złotych koszów, stojących pod ścianami, wśród słodkich dźwięków nieznanych instrumentów — poruszały się jakieś widmowe postacie, bose i prawie nagie, bo zaledwie owiane barwnymi muślinami jak woda przejrzystymi. Tylko twarze i głowy mieli osłonięte szczelnie — jakiś potępieńczy korowód mar, tańczących rozchwianym, bezładnym i dzikim kręgiem i smagających się długimi wiciami zielonych bambusów.
Joe siedział pośrodku na dywanie, nagi cały, zgięty we czworo, nieruchomy, zapatrzony tępym, jakby zamarłym wzrokiem — był jak trup, głuchy na wszystko; ślepy zgoła i nieczuły na ten wir wzburzony, toczący się dokoła coraz szybciej tęczą barw rozwianych i głosów schrypniętych, i świstów bolesnych, i tęczą ciał białych, falujących spod osłon tak nikłych, że zdały się tylko pajęczynami, zroszonymi światłem.
Siedmioro kobiet i mężczyzn krążyło dokoła w obłędnym, mistycznym tańcu, smagając się zaciekle wśród nieprzytomnych krzyków i płaczów spazmatycznych. Biczowali się z upojeniem męki, ze świętą żądzą ran i bólów, z ofiarnym szałem męczeństwa; biczowali się nawzajem, gdzie kto kogo dosięgnął, zwarci w ciżbę wrzącą, w szaleńcze koła, taczające się z krzykiem, oślepłe, pijane szałem, miotające się konwulsyjnie, bezprzytomnie... Rózgi świstały coraz szybciej, ruchy stawały się już niepochwytne, czerwone pręgi, jak węże, wiły się coraz gęściej po białych ciałach, krew tryskała... A chwilami ktoś padał ze strasznym krzykiem i pełzał do nóg Joego, całował jego nagie stopy, nie bacząc, że cały ten wir przewala się po nim, tratuje, rozgniata i leci dalej; to znowu ktoś wyrywał się z szaleńczego koła, bił głową o ścianę, krzyczał nieludzko, okropnie, obłąkanie — i padał jak martwy na ziemię.