Naraz wszyscy padli na twarze i zerwał się wstrząsający chór śmiertelnie zmęczonych głosów, chór modlitewnych błagań i żałosnych, łzawych jęków.

— Za grzechy świata weź mękę naszą!

— Za grzechy świata weź krew naszą!

A potem rzucili się do biczowań w jeszcze sroższym, bardziej ekstatycznym szale. Groza przepełniła pokój. Ostał się tylko bezprzytomny chaos krzyków, zapachów, dźwięków niewidzialnej muzyki, bolesnych smagań, splątany w wir ciał, ociekających krwią; ślepa furia, straszny sabat dusz opętanych, wstrząsanych dreszczem obłędu i śmierci...

Zenon stał przy zasłonie, jakby pogrążony w dręczącym i nieprawdopodobnym śnie; błądził oczyma, słuchał, a uwierzyć jeszcze nie mógł... Przymykał oczy, szczypał się w ręce, sprawdzał swój stan, ale ta krwawa, szaleńcza wizja nie znikała.

Dopiero po tym hymnie, zrywającym się kilkakrotnie, zrozumiał, że to, co się działo przed jego oczyma, było najbardziej realną rzeczywistością.

Próbował rozpoznać kogoś, ale żadnej twarzy nie można było wyrwać spod zasłony — tylko po wysmukłych kształtach, po stromych piersiach, długiej, łabędziej szyi i po rudych kosmykach na olśniewająco białym karku domyślał się Miss Daisy.

Nie wierzył, ale przeczuwał, że to ona. Chwilami nawet zdawało mu się, że głos jej rozróżnia. Wtedy zamierał w sobie w jakimś dzikim, wprost nieludzkim bólu, i owładało nim takie szaleństwo, że chciał się rzucić do niej, wyrwać ją, unieść daleko, całować jej rany i zbierać gorącymi ustami strugi krwi, spływające po nogach.

Opanował się jeszcze w porę, ale czuł, że go ogarnia gorączka i krwawy szał biczowania i ran, że dzika i lubieżna żądza krwi rozpręża się w nim do skoku jak głodna pantera, że chwila jeszcze, a nie powstrzyma się od rzucenia... Więc całą, nadludzką siłą woli wyrwał się i uciekał, gnany furiami zgrozy i strachu.

Ani wiedział, jak i kiedy się znalazł w środku miasta, na jakiejś szerokiej ulicy, wśród rozkrzyczanych tłumów i gorączkowego zamętu.