Oślepiające światła słońc elektrycznych, transparenty na balkonach, wstrząsające krzyki tłumów, szalony ruch i zgiełk, bezładne śpiewy tworzyły z ulicy jakby rzekę potężną i wzburzoną, w którą wpadł całą siłą bezwładu, na samo dno, nie rozumiejąc zgoła, co się dzieje dokoła i gdzie go niesie ta rozkołysana fala ludzka...

A tłumy wciąż się zwiększały, płynęły zewsząd, jak lawina, parły zgiełkliwymi potokami z bocznych ulic, zalewając całą Oxford Street86 nieprzeliczoną ciżbą falującą i rozkrzyczaną. Tysiące gazet powiewały nad głowami, setki cabów87 i omnibusów wstrzymanych chwiały się nad gąszczem głów, a prawie z każdego jakiś człowiek krzyczał, usiłując zapanować nad nieustannym wrzaskiem. Tysiące kapeluszy podnosiły się w górę i tysiące gardzieli ryczały z całej mocy, bez przestanku, a chaos jeszcze się wzmagał, bo huczące, potężne głosy trąb zbliżały się z góry ulicy. Ale Zenon nie słyszał tego wszystkiego, bo mu przed oczyma wciąż tańczyły nagie, okrwawione ciała. I słyszał świst bambusów nad sobą, tak że kurczył się bezwiednie, jakby chcąc uniknąć ciosów, i wciąż przyczajonymi trwożnie oczyma śledził jej długą szyję i wymykające się spod zasłony kędziory rudych włosów...

„A może to nie ona?”, pomyślał naraz, odrywając się z trudem od wizji. „Przecież nie mam żadnej pewności, zdawało mi się tylko, przeczuwałem ją po włosach rudych i po figurze... Głupstwo, tysiące musi być podobnych do niej w tym tłumie... Więc i tam mogła być podobna... Ale mogłaż być i ona sama?”.

Zaczął się w nim głuchy bój, bój srogi, zły i podstępny, bo całą mocą serca bronił się od przypuszczeń. Ale już sama myśl, że ona mogła być wśród tej opętanej, biczującej się gromady, napawała go dziką męką, nieopowiedzianym udręczeniem. A głos podejrzeń, głos zawistny i zły, wzmagał się w nim i syczał jak węże.

— Któż wie, kto ona? Któż wie? — rzucił sam do siebie urągliwie i z pogardą. — Awanturnica, medium, używane do różnych eksperymentów — dodawał, smagając się coraz okrutniejszymi przypuszczeniami. — A zresztą, cóż mnie to obchodzi; może się biczować, kiedy chce, może się nawet zatłuc. Mam tego dosyć...

I naraz zapomniał o wszystkim, bo o parę kroków dalej wychyliła się z tłumu głowa tak podobna do Daisy, że rzucił się do niej — ale przepadła w tłoku, bo właśnie w tej chwili tłum się zakołysał gwałtownie, orkiestra bowiem nadchodziła; trąby zabrzmiały przeraźliwie, „hymn królowej”88 runął ze wszystkich piersi i huczał jak orkan.

Oprzytomniał zupełnie, przyparty do ściany, tak że omal mu żebra nie popękały, dowiadując się równocześnie, iż to zwycięstwo nad Arabi Paszą89 tak entuzjazmowało tłumy, że cały Londyn jakby się upił radością.

— A niech was diabli z waszymi zwycięstwami! — zaklął z wściekłością, ledwie trzymając się na nogach, popychany zewsząd, gnieciony i wałkowany po ścianach jak kloc, bo tłum pchał się bezmyślnym pędem za orkiestrą.

Wreszcie udało mu się przedostać do uliczki poprzecznej, gdzie mógł odetchnąć i zebrać nieco myśli. Ale nie wiedząc, co zrobić ze sobą, śmiertelnie znużony, powlókł się jakimiś pustymi zaułkami. Szedł, aby iść, aby dalej, aby głębiej zanurzyć się w miasto i uciec od tych strasznych przypomnień, od samego siebie i od ludzi. Lecz długo jeszcze, jak odgłosy burzy, szły za nim rozhukane głosy tłumów i wrzaskliwe dźwięki trąb...

I nie zapomniał o niczym. Przyszło mu na myśl, że jakoś niedawno mówiono mu w klubie o istnieniu sekty spirytystycznych biczowników. Śmiał się wtedy i nie wierzył. A teraz sprawdził własnymi oczyma!