Wszak Joe był tam wśród nich. I ona! Wzdrygnął się i znowu go ujrzał przed sobą — nagiego, skulonego. Znowu zobaczył okrwawione ciało Daisy i te jej cudne, strome piersi, pocięte krwawymi pręgami.... Ach, każda z tych ran głos miała swój, krzyczała mu w sercu boleścią i żalem; czuł je w sobie, paliły go i zalewały żywą, ciepłą krwią, smagały szaleństwem.
Z wściekłością roztrącał przechodniów i zaczął biec jak wariat, aż ludzie przystawali, a jakiś policjant popędził za nim; ale on biegł coraz prędzej, gnany tym świstem bambusów i zjawą jej okrwawionego ciała, tak że tylko wyciągnąć ręce i schwytać...
Dopiero Tamiza90 zagrodziła mu drogę, a obezwładniła go ciemność i cisza, panująca na wybrzeżu. Siadł bezwiednie na jakichś schodkach, wiodących do rzeki; pod nim pluskała woda, obryzgując mu twarz rozgorączkowaną, a niekiedy, w ciemności, powstawały z sykiem fale, chwiejne i długie jak węże, i szły cicho obejmować mu stopy — nie czuł tego, zapatrzony w ciemności.
Czarne, ruchome masy wód przewalały się w nieprzeniknionych mrokach z posępnym szumem, bełkotały głucho i trwożnie i płynęły wciąż, bezustannie, jakby w wiecznej pogoni i w skardze wiecznej na trud nieustanny, na trud nieśmiertelny.
Nie było nieba ni gwiazd, tylko przyblakłe łuny tliły się rdzawym, wilgotnawym pyłem nad miastem. Woda pusta była i cicha; po zgubionych, niedojrzanych wybrzeżach błyskały latarnie, chwiejąc się jak kwiaty czerwone i złote, a dalekie mosty huczały sennie i połyskiwały łukami kolorowych świateł na rozedrganej, zasępionej rzece.
Czasem statek jakiś przesunął się wśród ciemności, zamajaczył rozgorzałymi oknami i przepadał — jak to, czego nigdy nie było.
A niekiedy z miasta napływały osłabłe echa zgiełków i wionęły drganiami sypkimi, i martwe padały na wodę. To wiatr jakiś hukliwy91, niesforny, przejęty zgnilizną i błotem, wydzierał się z ulic, zatoczył się jak pijany i pełzał po wybrzeżu, do nagich drzew stulonych w ciemności... I potem, długo, długo słychać było ich dygot bolesny i cichy, łkający płacz...
Zenon siedział jak martwy z wyczerpania i tak zagubiony w sobie, a daleki od rzeczy zewnętrznych, że, choć dość często rozlegały się jakieś kroki po granitowych wybrzeżach, nie słuchał ich zupełnie. Nie wiedział i o tym, że już parę razy wyłaniała się za nim jakaś postać i przyczajone, zbójeckie oczy błyskały w ciemnościach.
W tej chwili nie wiedział o niczym i nic nie pamiętał; dusza mu omdlała i padła w mrok — była jak ta łódź, kołysząca się na fali pod jego stopami, martwa i pusta... Słyszał tylko ciche i trwożne szmery wód, jakby senne szepty własnego serca, czuł w sobie rozpościeranie się nocy przeniknionej, nocy kojącej i pełnej cichego płaczu drzew zziębniętych, bolesnych szamotań wody i dziwnej, nieopowiedzianej tęsknoty.
Zdało mu się, że leży wśród fal i płynie w nieskończoność zatraty i zapomnienia, że jest już tylko tym nieutulonym, żałosnym płaczem, a noc obejmuje mu rozpaloną i ciężką głowę chłodnymi, matczynymi rękoma i kołysze pieściwie, kołysze upajającym, słodkim ruchem i śpiewa jakąś pieśń zapomnianą, pieśń dzieciństwa i umarłej tajemnicy...