Przeszedł na drugą stronę ulicy, bo tam, w ciemnych zagłębieniach domów, pod licznymi teatrami, przed oświetlonymi jeszcze kantorami pism — gdzie się tylko gromadziło więcej ludzi, skąd tylko wyzierały czatujące sylwetki dziewczyn i rozlegały się wabiące psykania — ukazywała się wysoka, czarno ubrana kobieta, odważnie rozdająca wszystkim święte sentencje. A nieraz czaiła się wprost w jakimś cieniu i nagle zastępowała drogę parom, chwilowo skojarzonym, nie bacząc na obelgi, szturchańce i plugawe, okropne wymyślania, jakimi ją co chwila obrzucały rozwścieczone dziewczyny; przyjmowała je z pokorą, pochylała głowę i szła dalej niestrudzenie, czyniąc święte dzieło miłosierdzia i litości.

Zenon zatrzymał się przed nią, wyciągając rękę. Podniosła na niego bladą, piękną twarz, podając mu całą garść kartek. Przemówił nieśmiało:

— Sieje pani niestrudzenie dobre słowo.

— Grzeszna byłam. Pan mnie oświecił i podniósł z dna hańby, przeto żywotem swoim pokutę czynię... — odparła z surowym namaszczeniem.

— Należy pani do Armii Zbawienia92?

— Jestem z kościoła Pogromców Grzechu.

— Z kościoła, chcącego zwyciężać zło sentencjami! — ironia zadźwięczała mu w głosie.

— Jeśli one nie nakarmią duszy, i chleb podany stanie się im kamieniem.

— A któż je wybawi z nędzy?

— My, panie, nasz kościół, niszczący zło aż do dna i walczący dobrem... Oto szczegóły i wykazy naszej działalności. — Podała mu cienką broszurkę.