— Nie obawia się pani obelg ni niebezpieczeństwa?

— A ze mną jest Pan!

— Być może, ale jest pani tak młoda, piękna i bezbronna — szepnął mimo woli.

Zmierzyła go posępnie czarnymi, ogromnymi oczyma.

— Piękność twoja to pozór, którym szatan przywodzi cię do grzechu, to maska, kryjąca cuchnącego trupa, więc ją znienawidź i daj w pogardę samemu sobie — powiedziała fanatycznie i odeszła.

Wzruszył ramionami i, nie wahając się już, wszedł do pierwszego z brzegu szynku.

Przed bufetem, okutym błyszczącą miedzią, stały dwie dziewczyny, wystrojone jaskrawo. Nie zwracając uwagi na ich zaczepne słowa, poszedł do wielkiej, niskiej sali — poprzegradzanej niewysokimi przepierzeniami tak, że tworzyła szereg lóż odosobnionych, przeciętych wąskim korytarzem — i kazał dać sobie jeść.

Wkrótce w sąsiedniej przegrodzie zasiadły dziewczyny, często zaglądające do niego górą, ale nie zauważył tego, jedząc pośpiesznie i gęsto zapijając.

Prawie nigdy nie pijał, więc teraz odczuwał dziwnie bolesną i drażniącą rozkosz, wypróżniając kieliszek po kieliszku. Uspokajała go wódka; znużenie ustępowało, bezwładna myśl rozjaśniała się z wolna jak zarzewie, a całe jego ciało przejmowało kojące ciepło.

Upijał się prędko, dolewając sobie bez pamięci; ogarniała go cicha rzewliwość i błoga, rozkoszna ociężałość. Uśmiechał się sam do siebie głupim, pijanym śmiechem.