— Skąd jesteście? — zapytał, przypatrując im się nieznacznie.

— My obie z Kutna95, może Mr zna?

— Znam, znam! — odpowiadał, myśląc o tej dziwnej prędze.

— Pan zna Kutno? Rózia! Mr zna nasze miasto! — wykrzyknęła zdumiona.

— Cicho, Salcia, bo może Mr jest sam dziedzic? — uspokajała ją przezornie.

Mr jest sam dziedzic? Prawda?

Skinął potakująco, nie rozumiejąc pytania, nie mogąc oderwać oczów od tej czerwonej pręgi, przeniesiony rozbłysłym nagle przypomnieniem tam, w szaleńcze koło biczowników. A one, rozradowane, wzruszone do głębi, ośmielone już, zaczęły opowiadać na przemian o tym mieście rodzinnym. Wyrywały sobie z ust przeróżne szczegóły, rozbudzały wspomnienia, stając w olśnieniu szczęśliwości wobec jakichś dni, nagle wyłonionych z pamięci, wobec lat, przepadłych w kurzu poniewierki, a zmartwychwstających teraz radością samą i szczęściem. Przestały jeść, wrzeszczały coraz głośniej, śmiały się jak dzieci, upijając się wspomnieniami i wódką, której już sobie nie żałowały. Zrywały się z miejsc i — zmęczone, rozgorzałe, nabrzmiałe łzami, zapominając o nim, o sobie, o całym świecie, oszalałe zgoła — przycichły naraz, wybuchając długim, żałosnym płaczem. Ale i wtedy nie przestając snuć wspomnień przełzawionych.

— Ty, Salcia, pamiętasz dziedzica? Pamiętasz, on miał cztery konie czarne jak smoki, karetą jeździł, co się świeciła jak lustro? Pamiętasz?

— A ty pamiętasz, Róziu, dom pana burmistrza?

— Ja bym nie pamiętała! To nie dom, to pałac! Pokaż mi taki pałac w Londynie! Na całym świecie nie ma takiego drugiego!