— A ty pamiętasz tę górę za miastem? A za nią wieś?

Nic z tego nie rozumiał ani nie słyszał, ale naraz, budząc się z zapatrzenia, dotknął tej pręgi palcem i zapytał cicho:

— Od czego masz ten znak?

— To... Zadrapałam się, to mój narzeczony — dodała śpiesznie pod jego rozkazującym wzrokiem, przyginając się z trwogi.

— Nieprawda... Musiałaś być tam — syknął, nachylając się do niej.

— Gdzie? Gdzie ja miałam być? — wołała, przestraszona jego nieprzytomnymi oczyma.

— Byłaś... Cała ociekasz krwią... Cała jesteś w ranach... Cała w pręgach... Pokaż... — szeptał urywanie, wyciągając chciwe, rozedrgane ręce; a gdy dziewczyna chciała uciekać, pochwycił ją jak w szpony, z błyskawiczną szybkością podarł jej stanik i wyłupał z niego jej nagie, sinawe plecy.

Opadły mu naraz ręce bezwładnie i zatoczył się na ścianę.

Dziewczyny zaś, zaskoczone gwałtownością tego, co się stało, wpadły w osłupienie — nie śmiejąc się ruszyć ni podnieść głosu, patrzyły zamarłym wzrokiem, obłąkane prawie ze strachu i grozy.

— Nie bójcie się, nie. Ja krzywdy wam nie chciałem zrobić. Darujcie, nie... — szeptał, sam przerażony tym, co się stało, i oddawszy im, ile tylko miał pieniędzy, uciekł z szynku.