Zenon grał jakiś hymn wzniosły, stłumione dźwięki brzmiały słodkim chorałem9, dalekim, jakby z głębi niebotycznych naw płynącym, i rozsypywały się w nieprzeniknionych ciemnościach.
Joe zaś ukląkł i zaczął się modlić półgłosem. Przez chwilę słychać było odsuwanie krzeseł i trzeszczenie podłogi; snać10 przyklękli wszyscy, bo szept modlitewnych głosów zaszemrał rozpaloną, wrzącą ulewą i wtórował przejmującym falom muzyki...
Zenon grał coraz ciszej; dźwięki zamierały z wolna, głuchły i niby zakrzepłe perły opadały ciężko, tak że już tylko jakieś błędne akordy, jak pogubione westchnienia, błąkały się w ciszy; powracały jednak i łkały uporczywie, przejmująco.
Po długiej chwili martwego milczenia zerwały się znowu niby krzyk na pustkowiu, krzyk nagły, przeszywający, okropny!
I znowu zapadła grobowa cisza, z której kiedy niekiedy wyrywały się błędne, rozełkane, samotne akordy...
Modlitwa umilkła, ale ten głos monotonny zrywał się co chwila, przycichał... Konał... I znowu powracał... Znowu jęczał... Znowu błąkał się dreszcz; zatrząsł wszystkimi, bo był jak rozpacz, jak krzyk spadających w przepaść...
Joe nie mógł już wytrzymać i rozniecił światło.
Zenon siedział martwo — oczy miał przymknięte, głowę pochyloną na poręcz krzesła. Prawa ręka leżała bez ruchu na kolanie, a lewą poruszał machinalnie, uderzając raz po raz w klawisze.
— Wpadł w trans! — szepnął, przygaszając znowu światła.
W pokoju robiło się wprost strasznie. Siedzieli w grobowym milczeniu, skurczeni w bolesnym nabrzmieniu trwogi i oczekiwania, błądząc oczami w ciemnościach i czepiając się tego jedynego światełka jak zbawienia.