Wyciągnęła do niego rękę, gdy doszli do rogu Victoria Street103.
— Pani nie do domu? — pytał, wyrywając się siłą z tych sennych omotań.
— Muszę jeszcze przed obiadem odwiedzić moich kalkuckich przyjaciół — mówiła wesoło, a w świetle latarni i wystaw dojrzał na jej cudnej twarzy wyraz dziwnie słodki, dziwnie przyjazny, jak nigdy dotychczas.
Patrzyła mu prosto w oczy cichym i prawie tkliwym spojrzeniem; wyjrzała nawet za nim z caba, tak że przejął go dreszcz radosnego wzruszenia i długo, długo patrzył za nią.
I natychmiast pojechał do domu, przynaglając woźnicę do pośpiechu.
Odźwierny powitał go radośnie i, oddając całą pakę gazet i listów, opowiadał dyskretnie, że jakieś dwie panie dowiadywały się o niego już dwa razy dzisiaj; po pewnych szczegółach domyślił się, że to musiała być Betsy z którąś z ciotek. Sprawiło mu to odkrycie niewymowną przykrość.
— Cóżeście paniom powiedzieli? Przecież... Mr Joe u siebie? — zakończył śpiesznie.
— Przeszedł niedawno na górę.
Pobiegł do mieszkania, pozapalał światła i stanął zdumiony przed zwierciadłem, prawie przerażony własnym widokiem, był bowiem brudny, zarosły, obszarpany i tak ubrany, jakby sypiał w parkach lub pod mostami.
— Gdzież ja się tak urządziłem?