— Trzy dni!... Nie... Wczoraj czy nawet dzisiaj wyszedłem... Nie... Doprawdy pierwszy raz mi się to zdarza, że dobrze nie pamiętam...
— Zagubił pan pamięć tych dni? — pytanie dyskretne zadźwięczało w jej głosie.
— Nie... Skądże... Wiem już, że dzisiaj po śniadaniu grała pani na fisharmonii w reading-roomie — mówił szybko, z trudem wiążąc wspomnienia.
— Myli się pan; od trzech dni nie tknęłam nawet klawiszy.
— Więc... Cóż się ze mną działo? Przez trzy dni... Przez... — wyszeptał trwożnie.
Zamajaczyły w nim nagłe, porwane i senne przypomnienia czegoś, czego nie mógł skupić i wydobyć na jawę zrozumienia świadomości.
— A jednak... Jednak czekałem na panią...
Nie odpowiedziała. Klucznik zaczął dzwonić, a po katedrze błądziły światła, obszukujące przed zamknięciem kąty. Wyszli na skwer.
— Czasem zapominamy własnego istnienia lub patrzymy na nie jak na obce nam, poza nami będące... A czasami dusza, porwana jakimś tajemniczym wirem, gubi ciało, nie spostrzegając tego — mówiła w zamyśleniu.
— Więc i ja musiałem się zagubić w czasie, musiałem...