— A jednak im jest lepiej w królestwie wiecznej ciszy — szepnął znowu.

— Któż wie? A jeśli dusze są przykute do ich wyobrażeń cielesnych, to muszą się błąkać na uwięzi materii, muszą być tutaj, muszą zaludniać te nawy niedosłyszanym przez śmiertelnych jękiem i tęsknotą oczekiwań, póki trwania tych brązów i marmurów, póki czas nie rozsypie wszystkiego w gruzy i nie uwolni ich, nie wróci przeznaczeniu.

— Byłoby to zbyt okropne! — wzdrygnął się mimo woli na te obrazy.

— Któż wie, od czego zależy śmierć jego lub życie, co go wiąże i zbawia?

SOF — wyrzekł wolno, prawie mimo woli, jak się mówi nieraz słowa, tkwiące uparcie w mózgu i same płynące z ust.

Czuł, że się zachwiała i wsparła na mgnienie o jego ramię, ale nie rozumiał powodu.

Poszli już w milczeniu dalej, przystając kolejno przed kaplicami, które mrok coraz gęstszą zasnuwał przysłoną, tak że widniały w cichych brzaskach witraży, jak przez gąszcz leśną widać ostatnie zorze zachodów.

— Dawno nie widziałam pana — ozwała się dziwnie miękko, jakby z wyrzutem.

— Dawno? — zdziwił się, przypominając sobie naraz scenę biczowań i wszystkie podejrzenia, które w tej chwili usilnie odpędzał.

— Ze trzy dni chyba nie było pana. Mrs Tracy już się niepokoiła.